wypalenie zawodowe blogera

Wypaliłam się i mam ochotę rzucić blogowanie

Czuję się jak pisanka. Z zewnątrz miło się patrzy, a w środku pusto. Nie mam energii, potrzeby. Brak mi chęci. Motywacja na poziomie garażu podziemnego. Wypalenie zawodowe u blogera brzmi, jak fikcja. Tymczasem z pracy kreatywnej najłatwiej się wypalić. Ile z siebie wyjąć trzeba, by doprowadzić do tego permanentnego stanu niechciejstwa? Okazuje się, że wcale nie tak wiele…

 

Znowu to samo!

2 lata temu, w maju, padłam. Organizm się zbuntował, życiowa energia uleciała, a ja miałam ochotę gapić się w sufit w pozycji horyzontalnej. I bardzo dobrze, że tak się stało.

Pracowałam po 12 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu. To daje 72 godziny maksymalnie kreatywnej pracy. Pisałam artykuły na blogi, tworzyłam od zera produkty do sklepu. To było wielkie nadużycie wobec samej siebie i przyznam, że gorzka lekcja przyjęta. Wnioski spisane. Nowy plan ułożony, implementacja zakończona sukcesem.

Latem zeszłego roku też było mi mega ciężko. Przeprowadzka, ogrom współprac blogowych, połamany Pan Mąż, remont, terminy. Czasu niby sporo, ale wciąż go brakowało. Pędziłam, działałam, zaciskałam zęby. Nie miałam wyboru, miałam umowy. W efekcie przeobraziłam się w rozdygotaną kulkę wypełnioną stresem, zobowiązaniami. Do siebie dochodziłam przez kolejne kilka miesięcy.

W tym roku jest inaczej. W grudniu pracowałam maksymalnie 2 godziny dziennie. Pozostałą część doby zbierałam siły, podsumowałam rok i zaplanowałam ten kolejny. W stycznia wdrożyłam 6-godzinny dzień pracy, od 8 do 14, którego trzymam się do tej pory.

Popołudniami piekę, spotykam się z ludźmi, jem lody, spaceruję, jeżdżę na rowerze, czytam, oglądam seriale, wychodzę do restauracji. No odpoczynek na wypasie. Do tego wyjazdy. Zaliczyłam już Anglię i Włochy. Spędziłam kilka weekendów w domku pod Warszawą. Jeden pod Lublinem. Zrobiłam sobie też kilka mini wakacji w mieście.

Naprawdę oszczędzałam się, jak mogłam!

 

Powtórka z rozrywki

A jednak tym razem też mnie dopadło. Bez ostrzeżenia dostałam potężnego sierpowego prosto w motywację, w chęci. Wypuściłam kurs i padłam.

Zaczęło się niewinnie – od jednego koszmarnie złego dnia. Na Instagramie napisałam wtedy:

 

Wszyscy lubimy ładne obrazki, uśmiechnięte buzie, owsianki z zamrożonymi malinami i płaskie brzuchy. Przyjemnie się patrzy na pełnych zadowolenia ludzi.

Tymczasem mam dziś KOSZMARNIE ZŁY DZIEŃ. Dziś wątpię w swoją pracę, w swój cel. Dziś najchętniej trzasnęłabym drzwiami do mojego różowego biura i poszła na etat. Dziś przestałam wierzyć w siebie, nic mi się nie chce, siadłabym i płakała. Ze wszystkim jestem “na nie”, przed oczami czarne wizje. Wydaje mi sie, że nie potrafię, nie powinnam.

W zapasie zero postów na blog, zero filmów na YT, a ja mam dość i nie potrafiłam się dziś zmusić, by wykonać jakąkolwiek kreatywną pracę. O tych aspektach blogowania już się tak chętnie nie słucha, nie mówi. Tak. Lepiej już odłożę ten telefon.

PS a ten wpis jest po to, żebyście wiedzieli, że ludzie “z sieci” też mają złe dni, humory. Płaczemy, bo nie wszystko się nam udaje. Wątpimy, gdy tracimy wiarę w siebie. Popełniamy błędy i siarczyście przy tym przeklinamy. Takie tam, normalne życie.

 

Jak już się domyślasz, na tym jednym dniu się nie zakończyło.

Zwolniłam więc tempo. Przestałam zaglądać na bloga, Facebook poszedł w odstawkę, o YT nawet nie wspominając. Wpadałam tylko na moje grupy i to tylko na momencik, bo mój cudny Pan Mąż zaproponował przejęcie większości obowiązków. Zdarzyło mi się kilka razy zajrzeć na Instagram, bo lubię to medium.

I tak minęły mi ponad 2 tygodnie, a pod kopułką wciąż mi kołacze…

 

…czy blogowanie to zajęcie dla mnie?

Chcę być z Wami szczera, napiszę zupełnie wprost.

Mam kryzys.

Nie chce mi się.

Nie wiem, czy jest sens. Czy jest potrzeba.

 

Z jednej strony pozycja marki jest rudo jest mocna, stabilna. Wypracowałam w polskiej blogosferze skojarzenie fotografia >> jest rudo. Wiem, bo monitoruję sieć. Gdy ktoś chce nauczyć się robić dobre zdjęcia, z automatu wysyłacie go do mnie. I to jest CUDOWNE. Wspaniałe i wartościowe. I to wielka nagroda dla mnie, za 4,5 roku wytężonej pracy, za kilka setek artykułów.

Na samym newsletterze mam ponad 20 tysięcy Rudzików, z otwieralnością maili na poziomie 90-kilku procent. Z mojego polecenia tylko w pół roku kupiliście sprzęt o wartości ponad 130 tysięcy złotych. Wiem, że mi ufacie. Ja nie wcisnę Wam dziadostwa i Wy to czujecie.

Mam też świadomość, że przyczyniłam się do założenia wielu foto biznesów. Piszecie mi, że Was zmotywowałam, nauczyłam, zachęciłam. Niejednokrotnie spędziłam długie godziny na wymianie maili, doradzaniu, inspirowaniu, zachęcaniu do zrobienia tego pierwszego kroku. Zupełnie nic za to nie otrzymując, czasem nawet “dziękuję”.

 

Z drugiej strony statystyki poleciały. Ilość komentarzy na blogu też. Dyskusja w dużej mierze przeniosła się do sociali, ale mam takie poczucie, że mi czegoś brakuje. Wchodzą na YouTube, a tam przekleństwo raz na jakiś czas. Albo, że dźwięk nie taki. Albo, że szum. Pozytywne też są, ale w tej chwili ciężko mi się na nich skupić.

W blogosferze jest przesyt. Rynek się nasycił. Zaczyna się konkurowanie ceną, czego ja robić nie chcę. Reklamodawcy patrzą na puste cyferki. Jako czytelnicy jesteśmy mało uważni. Skanujemy teksty, lecimy dalej. Byle szybciej, więcej odhaczyć… Może się mylę, może Ty tak nie robisz, może Twój internet jest inny.

Mam wrażenie, że wszystko już było. Że kopiujemy, wklejamy, dodajemy swoje zdjęcie. Ja wiem, że Ty nie. Ja też nie. Ale to mocny nurt, sama nie raz doświadczyłam bycia kopiowaną. Nic fajnego. I wiedz, że nie tędy droga.

Jest coraz trudniej. Niski prób wejścia spowodował, że blogów jest multum. Na każdy temat, w dowolnym kolorze tęczy. Treści nas zalewają, algorytmy ograniczają, a pośrodku tego ja. Dumam, co dalej.

 

Jestem zmęczona

Wysoko sobie stawiam poprzeczkę. Ambicja to jedno. Ja przede wszystkim chcę oferować JAKOŚĆ. Wartość. Ponadczasowe treści. Chcę edukować i wzmacniać wiarę, że każdy może robić dobre zdjęcia. Chcę motywować do działania. Dzielić się wiedzą.

To daje mi masę satysfakcji, ale czuję, że doszłam do ściany. Mam przed sobą mur i muszę znaleźć drabinę. Chcę ruszyć dalej, tego jestem pewna, ale nie znam jeszcze kierunku. Być może trzeba mi nowych wyzwań, projektów. A może zupełnie nie tędy droga.

Myślę sobie na głos. Trochę drepczę w miejscu.

Wróciłam już do standardowych obowiązków, ale poważnie rozważam kolejny urlop. Jestem taka zmęczona tym ciągłym byciem online, tymi idealnymi obrazkami. A mówi to estetka, która też równo układa maliny na jaglance… Wiecie, że Instagram to najbardziej depresyjne medium? Zresztą już pisałam o minusach blogowania.

 

Chyba pora na ankietę. Głos Rudzików jest dla mnie niezwykle ważny. Twoja opinia pomoże mi uporządkować sobie w głowie wiele spraw, zawsze tak było. Blog tworzę przede wszystkim dla Ciebie, więc mam nadzieję, że znajdziesz chwilę, by podpowiedzieć mi CO DALEJ.

Oto link do ankiety. Liczę na Ciebie.

 

Blogerzy, jesteście tu? Zdarzyło Wam czuć się podobnie? Zresztą nie trzeba być blogerem, by się zawodowo wypalić. Będę wdzięczna za każdy komentarz.