Podsumowanie 2020

Och, 2020! Ależ Ty mi dałeś popalić! Pierwsze pół roku bardzo się do siebie zbliżyłam, by w kolejne pół oddalić. Dużo płakałam, dużo się śmiałam. Sporo piłam, prosecco i smoothie. Szukałam balansu, gubiłam balans i czasem coś jeszcze. Nie rozumiałam, czemu niektórzy tak ranią i czemu nie potrafię po prostu odejść. Wierzyłam i przestawałam.

Na szczęście wszystkie moje najtrudniejsze sytuacje z tego roku miały już swoje zakończenie i było one szczęśliwe ♡

Oto moje podsumowanie 2020 roku. Jestem gotowa na kolejny!

 

 

Zaczęłam terapię. Skończyłam terapię.

Tańczyłam na plaży na Majorce, byłam w Chorwacji, dwa razy nad polskim morzem, pod Krakowem i pod Wawą, kilka razy na Podkarpaciu.

Próbowałam wielu nowych rzeczy, przez które przekraczałam siebie, wychodziłam poza schemat, poza moją comfort zone. Niektórych z nich nie mam ochoty powtarzać, do innych wracam co jakiś czas.

Częściej chodziłam spać w okolicy 4 niż północy.

Wzięłam udział w kilku magicznych sesjach hipnoterapii z moją Natalią upgrade yourself

Pierwsza fala przyniosła mi ogrom czasu tylko dla siebie – nigdy w życiu tyle nie medytowałam, nie żyłam tak zdrowo i nie poświęcałam swoim emocjom tyle czasu, co przez 6 tygodni izolacji. W efekcie czułam w sobie światło, czystą moc, zagłębienie w tu i teraz, spokój tak wielki, rodzący pewność, że dam sobie teraz radę ze wszystkim. To jest stan, który jest osiągalny dla każdego z nas i ja osobiście będę do niego dążyć w 2021 roku. Czyste zen. Czyste światło. Miłość.

 

 

Zakochałam się. Ze wzajemnością.

Kilka razy pękło mi serce.

Chciałam uciekać.

Przejebałam swoje wartości.

Zyskałam kilka osób, które bardzo szybko stały mi się bardzo bliskie. Kilka bliskich stało się dalszych. Rzadziej widywanych.

Zawalczyłam o siebie.

Zostałam współwłaścicielką warszawskiej szkoły tańca.

Zorganizowaliśmy z Sensual Dancer wydarzenie sportowe w covidzie, dla 220 osób. W tydzień.

Walnęłam kilka zacnych sesji temuż człowiekowi:

 

Przestałam tworzyć JEST RUDO i jest mi z tym trudno. Nie pogodziłam się z tym i nie wiem jeszcze, co dalej.

Wciąż pisałam w dzienniku. Może rzadziej, mniej regularnie, ale nawet po przerwie wracałam. Tęskniłam.

Podjęłam decyzje słuszne, niełatwe.

Przekonałam się, że moja intuicja działa najlepiej na świecie. Mogę sobie zaufać.

 

I właśnie przyszło do mnie moje one little word:

ZAUFANIE.

 

Że to wszystko jest po coś.

Zaufanie sobie.

Zaufanie bliskim, gdy mówią „zaufaj”.

Zaufanie, że jest dokładnie tak, jak być powinno.

Zaufanie, że na końcu zawsze jest dobrze, a jeśli jeszcze nie jest dobrze, to to nie jest koniec.

Zaufanie rodzi spokój.

Pragnę spokoju.

 

2020 nijak nie zwolnił tempa, względem roku poprzedniego, choć 12 miesięcy temu właśnie na to liczyłam.

Zupełnie niepotrzebnie, bo okazuje się, że moje nowe życie (to to po rozwodzie) jest właśnie takie – szybkie, chaotyczne, pełne niespodzianek, pełne… życia.

Ten rok przyniósł mi ogrom nowości. I choć biznesowo czuję, jakbym mocno się cofnęła, to… być może… ja właśnie biorę rozpęd..?

 

Czego Wam życzę na ten 2021?

Żeby Wam było dobrze ze sobą!