moje cele na 2014

Podsumowanie planów z 2014

Jestem jedną z tych osób nastawionych na przyszłość, celebrujących teraźniejszość, nie rozpamiętujących przeszłości. Tworzenie list, czy podsumowań, pozwala narysować grubą krechę nad tym, co już za nami, spisanie celów mobilizuje i napędza. Zwłaszcza, gdy robi się to publicznie. Nie lubię zadręczać się porażkami, za to lubię bardzo wyciągać wnioski, uwaga, będzie frazes, ale cenię ludzi, którzy rzeczywiście uczą się na własnych błędach. Ku mojemu zdziwieniu, nie jest ich wcale wielu.

W wielkim skrócie zaplanowałam sobie: więcej kreatywności, doskonalenie umiejętności foto (wkrótce opowiem Wam o kursie ze szczegółami), zmianę pracy, podtrzymanie (wzmocnienie!) zdrowych nawyków, które wypracowałam przez ostatnie lata, a także kontynuację minimalizmu, regularną naukę ang, zmianę stylu, rozwój bloga, więcej książek, więcej nowości w kuchni, wycieczkę all inclusive.

PODSUMOWANIE PLANÓW Z 2014

Kurs przekształcił się w dwuletnią szkołę, tym samym dyskwalifikując zmianę pracy. Tylko w mojej aktualnej mogę pracować sobie przez dwa dni w tygodniu, z czym mi cholernie dobrze! Nic mnie tak nie mobilizuje do robienia zdjęć, jak deadlines w collegu i jestem teraz absolutnie poważna. W ciągu ostatnich dwóch miechów zrobiłam więcej lepszych zdjęć, niż przez ostatnie dwa lata. Z każdym tygodniem czuję, że jest lepiej.

Blog rozwija się wspaniale, a ja wraz z nim! Wiecie ile razy miałam ochotę machnąć na coś ręką, olać, porzucić, umyślnie zapomnieć? Wiele. PM bardzo często powtarza mi, jak bardzo jestem ułożona, zaradna i zorganizowana, ale okazuje się, że ta znienawidzona prokrastynacja dotyka każdego. I nie oszukujmy się, ludzie są leniwi z natury. W ciągu minionego roku to właśnie blog, a więc świadomość, że Wy, Czytelnicy, czekacie na coś nowego, pchał mnie do próbowania nowych rzeczy, tworzenia tutoriali, czy nagrywania filmów (a tego szczerze nie znoszę!). Nie było, że się nie chce, albo nie da. Blog jest taką ręką, którą wciąż pcha mnie do przodu i nie pozwala nawalić, nawet gdy jestem w stanie co najwyżej ubrać rozciągnięty sweter i pić wino z kubka, udając, że to kakao.

Cieszy mnie, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy jeszcze piękniej zrobiło się w moim otoczeniu. Pozbyłam się zbędnych gratów (np. po wywiezieniu 12 worków ciuchów z garażu, było mi zwyczajnie wstyd, że tyle da się ZGROMADZIĆ), zmądrzałam. Oddałam, sprzedałam, resztę wyrzuciłam. Została garstka rzeczy, które czekają na rozpatrzenie sprawy. Ogromna ulga towarzyszyła każdej zakończonej akcji porządkowej. I bez znaczenia, czy zajęłam się szufladą, czy całą szafą. Porządkowanie przestrzeni bezpośrednio wiąże się także ze zmianą stylu. A ona z kolei, z walką z konsumpcjonizmem i byciem świadomym konsumentem. Jestem na początku tej drogi, ale mój sposób postrzegania naszego świata w kontekście zakupów właśnie, całkowicie uległ zmianie. Nie owijam się w worek po ziemniakach, by sypiać w domku z piernika, ale kupuję mądrzej. Wolniej. I według swoich reguł. Co do samego stylu ubierania – moja garderoba została przeobrażona, ale problemem jest brak dobrej jakości ubrań, które dodatkowo byłyby w moim guście i rozmiarze. Zakup białej koszuli zajął mi 1,5 roku, wciąż szukam sztybletów i klasycznych szpilek, w których będzie mi wygodnie. Dlatego tyle to trwa i tak bardzo czasami frustruje.

Moja regularna nauka języka trwała 2 tygodnie. Stycznia rzecz jasna. Poległam, ale nie na całej linii, gdyż w trakcie roku uczęszczałam na kurs angielskiego, po którym, w szafce, wylądował papierek z jakimś L2 czy coś takiego :) Teraz najlepszą szkołę angielskiego mam w… szkole. Na fotografii.

Wycieczka all inclusive to był najłatwiejszy, ale i najprzyjemniejszy punkt zrealizowany w 100%!

Zdrowy tryb życia… nieźle! Z dietą od dawna nie mam problemu, co pewnie już dostrzegli obserwatorzy na insta, fast foodów nie jadam, bo mnie obrzydzają, gazowanych napoi też nie konsumuję. Ciągnie mnie do chipsów, zwłaszcza konkretnego smaku, i to jest przyjemność, której sobie nie chcę odmawiać, choć raka też nie chcę.. Hm.. tutaj wciąż trwa spór. Piję dużo, bo już tak mam, owoców nie lubię, ale soki bardzo chętnie.Nawet chleb na zakwasie robię! Wypróbowałam masę nowych przepisów, zwłaszcza na placki ;] W tym momencie polecę Wam instagram, jako świetną bazę przepisów. Gdy nie wiem, co ugotować, zaglądam na swój profil, poszukuję zdjęć apetycznych dań i odtwarzam w trzy minuty. Przydaje się zawsze, gdy po głowie kołacze się “co ja mam dziś zrobić na obiad…?!”  Co do ruchu – ćwiczyłam regularnie, aż w listopadzie zyskałam więcej czasu… Do poprawki! Byle szybko.

Z CZEGO JESTEM DUMNA

Z siebie! A jakże. Zwłaszcza, gdy przypominam sobie zaciśnięte zęby, spiętą dupę i DZIAŁANIE, w momentach kryzysu. Nie mówię, że wykorzystałam ten czas w pełni. Nie. Dlatego tak skwapliwie analizuję poprzednie miesiące. Chcę poprawić to, co poprawić się zwyczajnie da, ale w międzyczasie pamiętać i docenić domknięte projekty.

ZA CO JESTEM WDZIĘCZNA
  • za PM mego, co mnie nieustanie wspiera i mobilizuje
  • za książkę Volanta “Piąty poziom” która otworzyła mi oczy. Choć teoretycznie kierowana do mężczyzn, mądremu czytelnikowi może dać naprawdę wiele.
  • za te wszystkie drobne chwile, których wspomnienie budzi ciepło w środku
  • za możliwości, które mam, nawet jeśli nie wykorzystuję ich potencjału (a to z kolei jest coś do zmiany!)
  • za dobrych ludzi wkoło
  • za kreatywność, która zaczyna we mnie rozkwitać
  • za kilka wartościowych znajomości, nawet jeśli znamy się tylko on-line
  • za świadomość, że poziom szczęścia zależy od nas samych
  • za umiejętność (której wciąż jeszcze się uczę) wyciągania z każdej sytuacji tego, co w niej najlepsze. Resztę należy olać.
  • za mój nowy światopogląd
  • za spokój
CZEGO SOBIE ŻYCZĘ NA 2015

Mierz wyżej. Ja mam ten sam plan.