Życie w Anglii

Życie w Anglii – początki

Poniżej historia moich początków w UK – życie w Anglii bez lukru. Wpisy związane z życiem w UK zawsze spotykają się z poklaskiem, dlatego po raz kolejny nawiążę do tematu. Wielu z Was pytało mnie, jak to jest na początku, jak wyglądają pierwsze miesiące życia w Anglii czy w końcu, jak znaleźć pracę i rozpocząć normalne życie za granicą. Dziś postaram się opowiedzieć Wam o moich doświadczeniach. Ale anegdotą też rzucę. A co!

Życie w Anglii i UK – początki

 

Pewnie nie wszyscy wiecie, że przyjechałam do UK z miłości. Skończyłam szkołę, w międzyczasie coś mnie w brzuchu wiercić zaczęło, motyle jakieś czy coś, więc maturę napisałam i opuściłam rodzinną chałupę. No właśnie.. matura. No właśnie… angielski. Jako uczeń byłam typem kujona, bardzo zależało mi na ocenach, mnóstwo czasu zmarnowałam na naukę (z perspektywy czasu nie boję się tego stwierdzenia), ale angielski, języki generalnie, no jakoś naumieć się nie dawały. Przed ustną z angielskiego niemalże mdlałam, choć całokształt zdałam dobrze. Bardzo dobrze.

 

Życie w Anglii – początkowe rozterki

Na myśl o życiu z Nim czułam wielką ekscytację, nie przerażała mnie perspektywa pani domu (nie mylić z kurą domową) czy też życie na swoim. Z odpowiedzialnością byłyśmy już na 'ty’, stwierdziłam że dam radę, ba! w ogóle nie rozważałam innych opcji. Po kilku sielankowych dniach spotkałam się z pierwszym ogromnym stresem – rejestracja w agencjach pracy. Kilka słów o sobie, cel wizyty, testy, to wszystko totalnie mnie sparaliżowało. Ja pisać chciałam do ludzi, nie mówić. Znałam te wszystkie rodzaje zanieczyszczeń powietrza w obcym mi języku, wiedziałam jak opisać obrazki, jakich czasów użyć, kiedy wstawić przecinki, ale niewiele ponad „good morning” przechodziło mi przez gardło. Nikt mnie tego nie nauczył, z nikim nie miałam okazji rozmawiać, na samą myśl oblewał mnie zimny pot. To samo miało miejsce w mojej pierwszej dziwnej pracy, w firmie z telefonami LG, zarządzanej przez Koreańczyków. Zajęło mi kilka miesięcy, żeby zrozumieć, że to oni nie znają języka, nie ja. W tym czasie moja pewność siebie, delikatnie rzecz ujmując, była bliska zeru, niedelikatnie – czułam się jak gówno. Pozostając „w branży”, zmieniłam firmę, tym razem spędzałam 8 godzin dziennie, testując telefony HTC. I znów z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wtedy nie doceniałam tej roboty – wygodne krzesełko, fajne biuro, godzinami grałam w Angry Birds (życie w Anglii potrafi być bardzo przyjemne…), przeszłam chyba wszystkie możliwe levele wszystkich dostępnych części, ale ludzie byli chujowi, a z tym niewiele da się zrobić. Po wypadku, na okres kilku miesięcy, stałam się utrzymanką :), potem miałam krótki epizod w Fossilu (matko, jak ja lubię ich torebki!), ostatecznie skończyłam w John Lewis, gdzie pracuję do dziś, na szczęście tylko na part-time! Musicie wiedzieć, że do prowadzenia konwersacji z Anglikami, miałam okazje dopiero w ostatniej firmie. Wcześniej zawsze otaczali mnie Polacy, albo Litwini, płynnie porozumiewający się po polsku. Wtedy oczywiście byłam przeszczęśliwa, że świat nie zgotował mi żadnych wyzwań, ale w tym czasie byłam inną osobą, i znów, z perspektywy czasu, głośno mówię PUSH YOURSELF w każdej możliwej sytuacji. Inaczej staniesz w miejscu, a Twoim jedynym zajęciem będzie omiatanie pajęczyn z grzywki. Wracając do angielskiego – rozmowy sporo mnie kosztowały, a już po kilku tygodniach nabrałam większej wprawy, a moja pewność w temacie rosła. Nie miałam perfekcyjnego języka, nadal nie mam, a jestem tutaj już 4,5 roku. Mój mąż nie ma, a jest tu lat 9. A mimo to pracujemy na stanowiskach, gdzie zarządzamy grupą kilkudziesięciu osób, i jesteśmy w tym dobrzy! Owszem, zdarzają się nietypowe sytuacje, gdzie mimo trzeciej próby, dalej nie wiem, jak problem rozwiązać, ale wtedy szukam kogoś, kto mnie uratuje, ładnie dziękuję za pomoc i na tym sprawa się kończy. Nie ma wielkiego halo, łez też nie ma, a te kilka lat wcześniej popadłabym pewnie w depresję. Znam ludzi, których możliwości językowe kończyły się na koślawym „hello”, a jednak radzili sobie tutaj wyśmienicie! Gestykulacja, jakieś łamane próby i dawało radę. Jeśli jeszcze nie wyłapaliście puenty, podpowiem: nie musisz być perfekcyjny, ale musisz w siebie wierzyć i próbować. I próbować. Oni tutaj są tak wyluzowani, że nawet nie zwracają uwagi, że coś jest nie teges. Nigdy nikt mnie tutaj nie poprawił, o ile sama o to nie poprosiłam, a gdy mnie naszło na językowe dywagacje, chodziłam i pytałam Anglików, jaka jest różnica między turtle a tortoise, na kilkanaście osób odpowiedziała mi jedna. Jedna! To tak, jakbyś Ty nie wiedział, że istnieją żółwie lądowe i wodne.

Życie w Anglii – anegdoty

Jeśli zachować dystans – nieporozumienia odbieramy jako zabawne, szybko też awansują do grona domowych anegdot. Wczoraj, wśród kilku polskich znajomych, porozmawialiśmy sobie trochę o takich wpadkach, zrobiłam notatki i śmiało przytaczam.

I tak, kilka miesięcy temu, w kantynie poprosiłam o „fish and bin” /fisz end bin/ czyli rybę i kosz na śmieci. Choć na myśli miałam oczywiście beans /bins/ – fasolkę. Znajoma znajomego, w spożywczym poprosiła o „one cock” /łan kok/ – jeden kutas, ale bardzo zależało jej na kupnie coli /kołk/:D . W temacie narządów rozrodczych zostając, kumpel zranił się w rękę, rana paskudnie zaczęła się babrać, wybrał się więc do apteki, wnioskując, że skoro ropa to „pus” /pas/, to przymiotnikiem będzie „pusy”/pasy/, tyle że biedaczysko nie sprawdził wymowy, i w jego wykonaniu brzmiało to mniej więcej „pussy wound”/pusi łund/ ^^ ! To chyba moja ulubiona story, czaicie facet przychodzi do apteki i szuka maści na ranną cipkę*, pokazując rękę?! Padłam i jeszcze nie wstałam! O, mam jeszcze jedną fajną – znajoma, pracownik tesco, zapytana przez klienta o dział z nabiałem („dairy” /deriy/), wysłała gościa na pamiętniki („diary” /dajri/) ! Mam nadzieję, że autoterapia przynosi oczekiwane rezultaty XD, a analogiczna historia powtórzyła się jeszcze z zupą i mydłem. Albo taka sytuacja: przygotowuję się do interview, zaszczana ze strachu, po czym PM, żeby zachęcić mnie trochę strzela hasłem „give ahead”, co w wolnym tłumaczeniu jest, ni mniej ni więcej, namową do obciągania. Życie w Anglii na wesoło :D

Gdyby pogrzebać pamięcią trochę głębiej, takich historii można by mnożyć, a mnie już i tak wyszła przydługawa notka. Jeśli macie mało czasu, przeczytajcie drugą, fajniejszą część, tą z anegdotami. I jeszcze jedno – podzielcie się swoimi językowymi wpadkami! Koniecznie!

* – miałam niemały problem z tłumaczeniem

Rate this post

DOŁĄCZ DO LISLETTERA

.

RÓB FANTASTYCZNE ZDJĘCIA TELEFONEM

Wartościowy artykuł? Udostępnij:

Share on twitter
Share on telegram
Share on whatsapp

SKOMENTUJ:

Subscribe
Powiadom o
guest
55 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Pati

Uwielbiam Twoj blog :) pisz wiecej bo w czerwcu sama emigruję do Londynu :)
Chłonę informacje i wszystkie porady, no i.. nie mogę się doczekać :)

Paju

Moja babcia będąc w Anglii, w McDonaldzie nie wiedziała, jak są frytki, więc pokazała palce, sprzedawczyni od razu się zoorientowała, o co chodzi :D

Wedding Planner

hahaha, byłam w Anglii tylko miesiąc na wakacje, ale swoich wpadek mogę zliczyć mnóstwo… najgorzej, że dociera do ciebie o co chodziło dopiero po fakcie :D

Patrycja Malinowska

Mój mąż na studiach na angielskim miał przeczytać o ofercie pracy z dziećmi, zamiast with children przeczytał white children. Wszyscy się śmiali, że rasistą jest :P

Anna Cichy

Z doświadczenia wiem, że Anglicy są bardzo wyrozumiali w kwestii języka i nie mniej cierpliwi, jeśli nie możesz sobie z czymś poradzić. A i jeszcze – naprawdę chcą z Tobą rozmawiać, nawet kiedy kaleczysz. Chociaż przyznaję – szybko zaczęło mnie denerwować, że często trudno zrozumieć sprzedawców-obcokrajowców, bo mówią niewyraźnie, nawet w działach obsługi klienta. Chyba najgorszą strategią jest ściszanie głosu, kiedy nie potrafimy czegoś wypowiedzieć, bo nawet okropnie przeinaczone słowo łatwiej jest zrozumieć, jeśli się je słyszy. :) Anegdotka na koniec: Mój znajomy w Hastings, kiedy próbowaliśmy dostać się na wybrzeże: Excuse me, how can we get to the bitch?… Czytaj więcej »

elo

a mozesz wytlumaczyc na czym polega roznica w wymowie beach i bitch?

Iga Stanek

Ostro pojechałaś z tymi przykładami na koniec, uśmiałam się strasznie :D

Ranna cipka rządzi! Na co dzień nie mam styczności z językiem angielskim (no chyba że liczymy seriale z napisami ;p) ale dużo rozumiem ze słuchu i napisać kilka zdań też bym napisała ale jeśli chodzi o wypowiadanie się to jestem kołek. Boje się, że ktoś mnie będzie oceniał po moich językowych zdolnościach które dupy nie urywają a jeszcze gorsze jeśli zrobię z siebie głupka. Fajnie jest się pośmiać ale spalić raka jeszcze gorzej ;p

ja miałam epizod kilkumiesięczny życia w Anglii, tuz po studiach ( i jeszcze krótszy pomiędzy 4 i 5 rokiem) i wspominam to bardzo dobrze!! wpadek językowych jakoś szczególnie nie pamiętam ( minęło już ponad 8,5 roku od pierwszego wyjazdu) ale pewnie było ich mnóstwo :) Z perspektywy czasu inaczej się o tym mysli, niz wtedy, kiedy człowiek robił sobie samemu tzw „siarę” :)

Karola | Życie Me

„Ranna cipka” rozwaliła system. :D
Osobiście nie wyjeżdżałam do UK, nie miałam też styczności z nativami tegoż języka, ale nigdy nie zapomnę konwersacji z liceum, kiedy tam mieliśmy przytoczyć jakąś sytuację, opisującą jakieś eleganckie wyjście. Napisane miałam oczywiście wszystko cudnie, ale jak przyszło do wymowy, to nie byłam w stanie odpowiednio zaintonować brody i wychodził mi ptak. Więc jak mówiłam to wyszło, że 'mój chłopak chciał wyglądać bardziej elegancko, więc ogolił sobie ptaka’. :D

Kerowyn

Jak byliśmy z Księciem Małżonkiem w Anglii, póki miałam sama coś powiedzieć, było nawet ok, gorzej, jak mnie ktoś znienacka zagadał. Wtedy było:
– sorry, wait a moment please. Jeeeeerzyyyyy (jak był gdzieś dalej, albo ciągnięcie go za rękaw, jak stał obok). – Ok, now you can talk. HE undrerstands.

Początki zawsze są trudne. Rozbawiły mnie te wpadki, świetne!

TajemniceNatury

Niezłe , ha ha ha najlepsza anegdotka z maścią, chociaż rybka z koszem tez powala, miłego wieczoru.

Thoughts Blender

Ja 1,5 roku temu przeprowadziłam się z Polski do Stanów. Niby wcześniej pracowałam po angielsku w firmie w Polsce, ale dopiero tutaj uświadomiłam sobie jak wiele mi jeszcze brakuje. Zresztą, nadal zdarzają mi się problemy, ale przestałam się przejmować, gdy zobaczyłam jakie byki potrafią zrobić Amerykanie :)

joule

Podczas mojej jedynej do tej pory wizyty na Wyspach nie byłam jeszcze na tyle odważna, żeby cokolwiek mówić, więc obyło się bez wpadek. Zderzyłam się jednak z fonetyczną rzeczywistością będąc w Stanach. Chciałam zamówić kanapkę z dorszem (cod) i zamiast poprawnego ciągnącego się /kaaad/ powiedziałam /kod/, co nie zostało zrozumiane. Innym razem zamawiając tortillę dostałam burgera:D Tego się chyba nie da racjonalnie wytłumaczyć.

Kinga

Ja w Anglii, mieszkam od 5 lat (mialam wtedy lat 15) i od razu zostalam „rzucona na gleboka wode” bo po kilku tygodniach musialam isc do szkoly, gdzie umialam tylko sie przedstawic i calymi dniami modlilam sie, zeby nikt czasem do mnie nic nie mowil. Rowiesnicy dookola mnie, po prostu sie ze mnie wysmiewali, bo nie rozumieli, ze jak to ktos moze nie mowic po Angielsku. Po dwoch latach, zdalam tutaj mature (oczywiscie po ang.), poszlam do collegu, zdalam prawko, teraz pracuje w hotelu oraz jako tlumacz, od wrzesnia wybieram sie na studia. A jak widze tych wszystkich idiotow z… Czytaj więcej »

[…] 3.  Na blogu Jest Rudo o początkach życia w Anglii. […]

dobry wpis! właśnie, tylko my się przejmujemy grammar,czasem właśnie za dużo, ale jest przynajmniej śmiesznie ;) dziękuję <3

Jola Piasta

Ruda aj low ju! Twoje posty kocham! Bawiłam się przednio podczas czytania tego wpisu, dodaj do tego jeszcze pół butelki wyżłopanego przeze mnie wina i kabaret murowany. Świetne jest to, że nie bałaś się iść do przodu. Ja ciągle muszę uczyć się tego, że nowe rzeczy na początku faktycznie mogą okazać się straszne i przerażające, ale bez nich nie będę się rozwijać. Miałam już kilkanaście sytuacji, podczas których myślałam, że umrę, a jednak przeżyłam i okazało się to być zbawiennym dla mnie doświadczeniem w życiu. Krótko mówiąc, niech żyje ryba i kosz na śmieci :D PS. Idę pisać treści na… Czytaj więcej »

Joanna

Masakra – mam łzy w oczach. Takie historie są genialne, kiedy ktoś ma doła.

Komiteptol

Ojjj tak, znam milion takich historii :) Teraz jestem w PL, ale mieszkałam kilka miesięcy w Stanach, pracując tam z Amerykanami i Meksykanami. Niby angielski i hiszpański znałam na poziomie: ang – bardzo dobry, hiszpański – dobry. I tak oto, dumna ze swoich osiągnięć licealnych, z głową uniesioną wysoko zaczęłam pracę w drukarni. Jakaż była moja mina, gdy mając w uszach stopery nie potrafiłam początkowo zakumać co ci ludzie do mnie mówią! Jedną z najbardziej zapamiętanych historii była ta, gdy chciałam powiedzieć Amerykanowi, że u nich Big Mac smakuje zupełnie inaczej niż w polskim McDonaldzie (lepiej). Przez 5 minut usiłowałam… Czytaj więcej »

I love handmade

Dobrze że natrafiłam na ten post. Wybieram się za niecałe 3 tygodnie właśnie do Anglii. Za miłościO jadę, jak Ty, ale sikam po nogach, bo z angielskim to na bakier… I wpadek zaliczyłam zapewne zyliard, ale albo sobie ich nie uświadomiłam, albo ktoś z poker fejsem udawał że wcale jej nie zauważył ;)
Liczę na to, że jakoś sobie poradzę, a ten post jeszcze mnie tylko w tym utwierdził :)
Dzięki!

dancewiththecamera

Świetny wpis! Wpadki językowe chyba każdy ma na swoim koncie, większe lub mniejsze. Ja zauważyłam, że wiele zależy od rozmówcy – wystarczy trochę chęci i nawet jeśli walnie się jakiegoś mega byka to i tak rozmówca będzie wiedział o co chodzi i będzie git majonez. A jak się trafi rozmówca baran to będzie wyśmiewał i udawał, że nie wie o co chodzi. Ja do niedawna odwiedzając różne zakątki świata unikałam otwierania gęby po angielsku, choć znam ten język całkiem dobrze. Co oczywiście było głupotą wielką, ale cóż począć, brakowało mi pewności siebie. Ale miałam takie szczęście, że raz, drugi, trzeci… Czytaj więcej »

Beata Redzimska

Natalia ja mieszkam kilkanascie lat za granica (we Francji) i nie mowie perfekcyjnie, i tez zgodze sie z Toba bo ja stracilam duzo czasu w szkole na nauke i do czego mi to bylo. A jezeli chodzi o anekdotki to trafilam na francuskie przedmiescia, bardziej to przypomina Bamako niz Paryz, choc Paryz, ale ludzie tu mowia na odwrot i kazdy wie o co chodzi, tyle ze ja nie wiedzialam, bo nie bylam tutejsza (z tych ponurych dzielnic z ktorych rekrutuja sie terorysci). I jak ktos Ci tu mowi jestes ouf, to znaczy ze jestes fou (czyli szalony), tyle ze od… Czytaj więcej »

Angelika K.

Dziekuję za poprawę humoru :)))

Agnieszka

Przepiękniuchny wpis:-) Czyta się bardzo szybko. Już Ci mówiłam, że piszesz w taki sposób, że słowa dosłownie przepływają – przez oczy, przez mózg, przez serce. To, że znajomość języków obcych jest wybitnym bonusem podczas szukania pracy (tu, w PL) jest guzik prawdą. Znam cztery, studiowałam po angielsku, a pracy szukam… bez efektów. Może czas rozejrzeć się poza granicami tego dzikiego kraju?

Agnieszka

I… dodam jeszcze: mnie się zawsze wydawało, że my jesteśmy gdzieś za Hiszpanią, Portugalią, czy przenowoczesną Koreą Południową. Mówię o tych krajach, bo z ludźmi z tych państw miałam najczęściej kontakt podczas studiów. Tymczasem okazuje się, że to my lepiej znamy angielski. No chyba, że na mój kierunek trafiali akurat zawsze ci mniej inglisz zaawansowani.

Rasowa Kura Domowa

uśmiałam się :)

Ewa-Maria

ooo… mimo, że raczej nie mam problemów z angielskim, kilkakrotnie zwracano mi uwagę, że wymawiam „beach” jak „bitch”. Najbardziej pamiętam Amerykanina z którym jechałam przez Islandię i powiedziałam coś w stylu „have you been to the black beach”?

Natalia Lis

A to dziad!

Charlize

Dziwne, ja znam mnostwo Litwinów i żaden nie rozumie nawet słowa po polsku

Adrian Today

Wkrótce planuję emigrację do UK, także artykuł jak najbardziej mnie motywuje.

kamilaurbaniak

Cieszę się, że piszesz o życiu w Anglii. Przeszukuję blogi i internet, bo sama myślę o emigracji do UK. Dzięki za ten cykl :)

Paweł Wacławek

Ah czytam sb ten wpis z rana (tak dla mnie 11:30 to rano) i się uśmiecham i śmieję dziękuję za pozytywną dawkę energii na cały dzień. Sam za 2 lata planuję wyjechać do UK i ten wpis trochę mi poprawił humor z tym związany :)

kompolek

Mój angielski jest taki sobie (głównie jest to znajomość bierna), ale odnoszę wrażenie że większość osób uczy się angielskiego totalnie olewająć fonetykę, bo przecież wymowa nie jest najważniejsza, a miejscowi i tak mówią jeszcze inaczej itd. Ludzie! Opamiętajcie się! Właśnie fonetyka jest w angielskim szalenie ważna bo mnóstwo w tym języku słów niezwykle podobnych w wymowie a o innym znaczeniu, a czasami pewne słowa wymawia się na dwa sposoby i wtedy jest zupełnie inne znaczenie (np. bow, sow, row). Uczcie się tylko wymowy w IPA (tak pora polubić te kulfony!) bo za pomocą polskich znaków nie da się oddać brzmienia… Czytaj więcej »

Natalia Lis

Masz rację, że jest ważna, bo pewnie znakomita większość, przez jakieś 90% swojego czasu jednak mówi, a nie czyta, ALE prawdą jest, że z mojego doświadczenia wynika, że nikt tutaj na to nie zwraca uwagi, ani nikt nikomu jej nie zwraca. Tutaj się miesza tyle kultur i akcentów, że dziwaczna, czasami niezrozumiała wymowa danego słowa, jest na porządku dziennym i nie ma o to żadnego 'halo’.

Anna Panna

Mi zdarzyło się też nie złe zdarzenie, ktoś spytał się mojej mamy jak się czuję a ona mu na to I’m fine fuck you! zamiast thank you.. haha podłam na podłogę ze śmiechu :P

Natalia Lis

Hahhaha, Ania, padłam i leżę!! Uśmiałam się do łez, super historia, ale wiem, jak łatwo jest się tak pomylić. Masz coś przeciwko, żebym dodała fragment tego komentarza na facebooku? Pośmiejmy się razem :) Nie zdradzę szczegółów.

Natalia

ahahahah hahahahaha popłakałam się ze śmiechu hahaha

www.kuradomowawsieci.pl

Hahaha, poprawiłaś mi strasznie humor tym wpisem:) zwłaszcza, że za oknem pogoda jest paskudna i nie napawa optymizmem hehe. :D Wpadki językowe są normalne, ale trzeba mieć do tego sporo dystansu i nie bać się rozmawiać. Ja na samym początku miałam straszną blokadę językową, ale na szczęście to mija. :)

Na początku mi tego dystansu brakowało, niestety, ale już mnie wszystko śmieszy :)

Magda W

Poprawiłaś mi humor :D

jj

Też miała swoją kilku miesięczna przygodę w Anglii, niestety moja bariera językowa zwyciężyła i po powrocie do pl podczas pracy w hotelu dowiedziałam się ze kurczę umiem angielski, więc myślę o spakowaniu walizek.
Najlepiej gdy w barze po kilku drinkach Brytyjczycy mysla że jesteś urodzona Brytyjka bo twój angielski jest perfekt ;-)

Agnieszka Szneydrowska

Moja znajoma jadac pierszy dzien do pracy myslala, ze bedzie miala biurowa prace z papierami, a okazalo sie ze byla w szklarni i pielegnowala papryki. Albo ze umowila sie ze znajoma na puszczanie baniek, a ta przyszla z biblia…

:D

Ah skąd ja znam początki za granicą. Moje może były nieco inne, ale strach przed językiem taki sam. Mówiłam po Angielsku, później starałam się co nieco po Holendersku. Niedługo wracam do Holandii i mam zamiar przełamać się, więcej mówić, bo od tego zależy moje dalsze porozumiewanie się w praktyce :)

Karolina Brejnakowska

Teściowa chciała błysnąć drugiego dnia pobytu a angielskiego praktycznie nie zna. W sklepie chciała być miła i podziękować. Powiedziała „fuck you” zamiast „thank you” ????

aRTofFOTO.eu

To prawda. Wielu naszych rodaków radzi sobie na wyspach bez znajomości angielskiego. Może nie zawojują świata, niemniej jednak jest to zdumiewające.

Beata Iza

Od razu mi lepiej jak to przeczytałam :) Za niedługo wylatuję do ukochanego do Anglii i strasznie się boję pracy, języka , ludzi.. haha

Jan

świtanie wszystko opisane. Bardzo dziękuję za te informacje. Zaraz po przyjeździe busem trudno się odnaleźć.

Swietny blog, sama zyje w Londynie od 2 lat i rowniez opisalam moje przemyslenia na blogu takze zapraszam do zagladniecia.

Pozdrawiam!

Busy do Anglii

Przez Brexit teraz tych wpadek będzie mniej ;) bo chyba większość się pakuje do Polski….

Busy do Holandii

Myślę że teraz wyjazd do Anglii nie jest już bezpieczny i kierunek zmieni się na Holandię, Belgię, Szwajcarię lub Austrię. Co będzie dalej z Polakami w Anglii? Jaki będą mieli status?

Amela

Świetny wpis, uśmiałam się. Dobrze ukazana rzeczywistość.

Emil

Coraz więcej osób rezygnuje z Anglii i to jest zrozumiałe, ja jednak nie rezygnuję. To prawda z językiem jest różnie i czasem bardzo śmiesznie. Pozdrawiam