Moje sposoby na produktywność

Nie piszę “jak być produktywnym”, nie przeczytasz u mnie też “10 porad jak dobrze wykorzystać czas”. Zadziwia mnie ostatnio ilu blogerów bierze się za tematy, o których nie ma zielonego pojęcia. Ilu nam ekspertów urosło. O kształtowaniu wizerunku w sieci przeczytasz u tych, co nawet dwóch setek lajków na fejsie uzbierać jakoś, no nie mogą. O zarządzaniu czasem piszą ci, co im ciężko zeżarcie owsianki, dwa teleturnieje  i szybkie bzykanko w dobie zmieścić. Ta co bryli nie nosi, optyka poleci i to nie byle jakiego, najlepszego!

 

Nie biorę się za rzeczy, o których nie mam pojęcia. Pracuję na etacie, prowadzę swoją firmę, bloga (jak kolejne pół dniówki- sami wiecie!), zdarza mi się ćwiczyć, z mężem film obejrzeć, zdjęcia dla przyjemności swojej własnej pstryknać. Poza tym normalnie sypiam i jeszcze czasem ze znajomymi widuję się na kawie. Może i tobie poniższe sposoby pomogą przemóc niemoc. Chociaż pewnie nawet nie przeczytasz…

MOJE SPOSOBY NA PRODUKTYWNOŚĆ

WCZEŚNIE WSTAJĘ

Nie sypiam więcej niż muszę, budzik nastawiam na 7,5 godzin snu. Nie mam problemów z zasypianiem, ze wstawaniem też nie, a więc opcja drzemki prawie u mnie nie istnieje, nie leniuchuję bezsensu, przecież właśnie spędziłam 1/3 doby w pozycji horyzontalnej! Nie kładę się też na popołudniowe sjesty, nie wykładam w pozycji pół-leżącej na sofie, nawet gdy czytam. Na relaks przychodzi pora wieczorem, dzień jest do walki o swoje marzenia. Działam.

DOBRZE ZACZYNAM DZIEŃ

Najczęściej od wody z cytryną na ciepło i pysznego śniadania. Łażenie w piżamie nie wchodzi w grę. Gdy cały dzień mam spędzić w domu, nie robię tylko makijażu, niech sobie ta skóra czasem odpocznie; zdarza mi się pomalować rzęsy, co by się poczuć jakąś taką ładniejszą w tych moich czterech ścianach.

PLANUJĘ

Tworzę listy rzeczy do zrobienia, zakupów, planów życiowych, zadań na najbliższe dni, czy miesiące. Nic mnie tak nie mobilizuje jak CEL. Często myślę o tym dokąd zmierzam, ale czynności, które przybliżają mnie do spełnienia same w sobie często są inspirujące i… przyjemne. Właśnie zaczynam tydzień urlopu – w planach była Hiszpania, albo Kornwalia, ale że Pan Mąż wolnego nie dostał, zostaję w domu. Co zrobiłam najpierw aby mieć pewność, że wykorzystam ten czas w 100%? Wyciągnęłam kalendarz i dzień po dniu rozpisałam swoje zadania. Co istotne, w konkretne dni wpisałam tylko te zadania, które mają swój deadline, tylko te, które muszą odbyć się w dzień X o godzinie Y. Całą resztę dopisałam u dole strony z nagłówkiem TO-DO. Każdego dnia (pewnie i kilkakrotnie) przeczytam listę tych luźnych zadań i zacznę od tych, na które akurat mam ochotę/czas. Kalendarz trzymam w widocznym miejscu, cały czas otwarty.

OGARNIAM PRZESTRZEŃ

Wiem, że część ludzi lepiej odnajduje się w chaosie, a ja… jakoś nie potrafię. Nim odpalę lapka, sprzątam na biurku, wyrzucam niepotrzebne papiery, segreguję zeszyty. Nadmiar chowam do szafek, obok stawiam duży kubek zielonej herby i mogę zaczynać!
Dbam także o porządek w wirtualnej przestrzeni, tutaj druga część sposobów, jak ogarnąć cyfrowy chaos.

USTALAM PRIORYTETY

Zdarzają się szalone tygodnie – ślub, sesja, ślub, obróbka, trzy tysiące pytań o aparaty, tysiąc tych o przydatne książki o fotografii, pół o szablony na bloga, do tego kolejny ślub, etatowa praca, która z dojazdem i ‘szykowaniem’ zabiera mi jakieś 10h dziennie 5 razy w tygodniu. A tu obiad trzeba zjeść, mieszkanie zarasta brudem i klienci się o fotki upominać zaczynają, wy o posty, a ja o dwie sekundy czasu na zmycie lakieru, który zszedł już i tak do połowy. Robię wtedy trzy głębokie wdechy, zasiadam z kieliszkiem wina (no dobra, z całym baniakiem) i ustalam priorytety, sprawdzam deadlines wszystkich rozpoczętych projektów, nowe odkładam na później, na bloga wpuszczam coś z puli na czarną godzinę, zmywam ten nieszczęsny lakier i jakoś daję radę.

ROBIĘ CHOCIAŻ JEDEN KROK

Zdarzają mi się dni, a ostatnio nawet cały tydzień (!), kiedy padam na twarz. Zbieram się w sobie, zasiadam do biurka i okazuje się, że w dwie godziny przeleciałam fejsbuka wzdłuż i wszerz i tytuł posta skleciłam. Tyle. Jak już sobie uświadomię, jak bardzo zrobiłam nic, kopię się w dupę, robię coś szybkiego, niewielkiego, ale coś, co przybliża mnie do w/w CELU. Wszystko po to, by bez wyrzutów sumienia resztę wieczora przeleżeć z dupą do góry. Przecież każdemu się zdarza niemoc.

NIE PLUJĘ SOBIE W TWARZ

To dla mnie ciężki krok, bo z natury jestem perfekcjonistką i wszystko ma być perfect, ze mną na czele. Ale staram się zrozumieć, że zawsze i wszędzie i na 101% to jest zwyczajnie niewykonalne! Dlatego czasem odpuszczam. Po prostu.

Tyle przychodzi mi do głowy w tej chwili, koniecznie dajcie znać o swoich sprawdzonych metodach, chętnie przetestuję, jak znajdę chwilę ;]