Zakupowy ból dupy

Pan Mąż mi czasem mówi, że ja jestem żoną idealną. Bo wiecie, ja naprawdę nie lubię kupować. Męczę się autentycznie, sapię, dyszę i zupełnie namacalne stają się dla mnie te minuty utracone… na staniu w kolejkach… na mierzeniu ośmiu ubrań, podczas gdy pasuje na mnie jedno, ale jakoś już tak przestaje mi się podobać. Lubię sobie na sofie poleżeć, film obejrzeć, na spacer pójść – nudziara taka. Za to kupować no ni w cholerę, nie lubię! Ale wyglądać jakoś trzeba. Czuć się dobrze ubraną też lubię. No i jak to pogodzić…

Jeszcze rok temu nie zwracałam uwagi na skład materiału,  na metkę spoglądałam sporadycznie, nie zaprzątałam sobie głowy markami. Jakiś czas temu coś mi się w tym rudym łebku poprzewracało. Po pierwsze – jak kupujesz tanio, to kupujesz dwa razy. Co najmniej. Po drugie – akryl to nie jest materiał przyjazny skórze. Po trzecie – bawełna bawełnie nierówna. I tak dalej…
Widzicie, ja dopiero w ten jakże modny nurt slow fashion wkraczam, choć podstawy, zdawać by się mogło, mam solidne. Zakupy nigdy nie stanowiły odskoczni, nie zdarzyła mi się nowa kurtka na codzienne smutki. A ostatnie totalnie nietrafione zakupy popełniłam rok temu.
Dojrzałam też do jakości ponad ilość. Znaczy dojrzewam. In progress. Wciąż poszukuję tego mojego stylu no. Pinteresty przejrzałam, inspiracje zapisałam. Już dostrzegam elementy spójne, już widzę siebie w tym wszystkim. Ubrana. Nie przebrana.
No dobra, przyszła więc pora na odhaczenie kilku punkcików z tej jesienno-zimowej listy zakupowej.   Wczoraj dokładnie…
… po trzech godzinach nauczyłam się odróżniać swetry 100% akryl od tych z dwudziestoprocentową domieszką bawełny, wełny, czy innego nylonu. Tylko ZARA skubana dobrze się maskuje! Na początku miałam jeszcze nadzieję, nawet takim żywym krokiem mijałam kolejne wieszaki… Była lista, cel, parę rzeczy – ruda nie da rady?! No i nie dałam. Wróciłam z niczym. Zero. None. Dupa. Piękny, gruby czarno-biały szal 100% akryl. Albo sweter kremowy, o grubym splocie, cieplutki, w składzie przewaga natury, no ideał! Tyle, że rozmiaru nie było. Nie będzie. Szukałam i botków, cichobiegów tak zwanych. Ale takich, co i do sukienki pasować będą. W niektórych wyglądam jakbym się na kolejną część Władcy Pierścieni szykowała, w innych moja stopa ma dobre 3 rozmiary więcej. No i masz ci los.
W temacie zakupów ostatnio bardzo pomógł mi blog simplicite.pl. Kasia pisze o minimalizmie w  niezwykle praktyczny sposób – sama testuje, dobiera i dzieli się z nami swoimi sposobami na życie w rytmie slow. Wpis minimalistka na zakupach zmienił moje podejście do każdej kupowanej rzeczy. W modzie trzeba planować, myśleć i jeszcze raz planować. No i czasem pomacać :)
Jeśli, podobnie jak ja, dopiero raczkujecie w temacie porządnej odzieży, przeczytajcie krótką charakterystykę kilku najbardziej popularnych materiałów u Kameralnej.
Sporo o slow fashion można przeczytać też u Asi ze styledigger.com, polecam zwłaszcza zasady rozsądnych zakupów.
I w tym momencie mam pytanie do was – czy natknęliście się na artykuł, książkę czy blog, który mógłby naprowadzić rudą na właściwą drogę?
Czuję, że się w tym wszystkim zagubiona. Z jednej strony dążę do tego, ok, nazwijmy go, minimalizmu, czymkolwiek jest on dla ciebie, irytują mnie ciuchy które po pierwszym praniu nadają się na szmaty, a z drugiej nie chcę popadać w przesadę!
Zrobiłam szybki przegląd ubrań, które już mam:
  • basic’owe t-shirty czy bluzki z długim rękawem to 95-100% bawełny, nieźle! [gdybyście miały kiedyś okazję mocnooo polecam serię basic w Primarku – te ciuchy przetrwają lata! Nic się nie rozciąga, nie spiera, nie pruje, jedynie niektóre przekręciły się nieco na szwach; mam kilka kolorów i krojów, bardzo je lubię, stanowią świetną bazę]
  • koszule – wiskoza, akryl, jest i poliester…
  • płaszcz – bawełna i akryl 1:1
  • żakiety – jeden kupiony lata temu na bazarku to 100% cotton, te znacznie droższe, mają gorsze domieszki, niektóre z nich z naturą nic wspólnego nie mają
  • swetry – po ostatnich porządkach zostawiłam kilka, w składzie głównie: wełna, angora, bawełna.  Jeden nylonowo-wiskozowy się ostał.
Nie planuję wyrzucić wszystkiego, co nie rosło na drzewie, ale chciałabym kupować MĄDRZE. Nie popaść w paranoję i nie przepuścić kasy na badziewie. Jakieś rady?