slow fashion modowa rewolucja recenzja

“Slow fashion” – moja modowa rewolucja

Jeśli jeszcze nie czytaliście książki Joasi Glogazy “Slow Fashion modowa rewolucja”, a macie jakiekolwiek dylematy związane z, kolokwialnie mówiąc, szafą, to koniecznie nadróbcie to poważne niedociągnięcie. Książka ma wyjątkową formę poradnikowo-pamiętnikową i równie wyjątkową moc leczenia zszarganych, kobiecych nerwów.

 

SLOW FASHION MODOWA REWOLUCJA

Kto jest ze mną dłużej wie, że przeróżne dylematy ciuchowe czy też konsumencie generalnie, dopadały mnie już wielokrotnie. Nie raz, po powrocie z galerii, miałam ochotę walnąć głową w ścianę z bezradności (no dobra, minimalnie przesadzam, ale baby chyba już tak mają), a innymi dniami ogarniało mnie przemożne pragnienie odziania swego bladego ciała w worek po kartoflach, ekhem, potatoes, i ogłoszenia światu, że ja się w niego już nie bawię.

slow fashion modowa rewolucja

 

MOJE ZMAGANIA

Tak, czuję się bezradna, wobec zewsząd wylewającego się akrylu, poliestru i innego dziadostwa. Z ciekawości zajrzałam na dział męski, a tam proszę, sama bawełna 100%, wełniane swetry w liczbie nie do ogarnięcia i szlachetne domieszki kaszmiru czy angory. Grrr, wiecie o czym to świadczy? O tym, że kobiety kupią byle co. Za wcale nie byle jakie pieniądze.

[readolog_alert type=”alert-warning” ]Doskonale opisuje moje frustracje zeszłoroczny wpis o mało subtelnym tytule: zakupowy ból dupy.[/readolog_alert]

To także nieco ponad rok temu zaczęłam interesować się ideą slow fashion w kontekście mądrego kupowania. Informacje znalezione w internecie czasami zupełnie mnie sponiewierały. Raz czytałam, że płaszcz na zimę to tylko wełna, innym razem, że wełna ze sztuczną domieszką koniecznie, inaczej się zmechaci, skulkuje, zetrze i umrze. I bądź tu człowieku mądry, zdecyduj i zapłać. Za co właściwie płacić warto? Nie wiedziałam.

Na szczęście w księgarniach pojawiła się zupełnie nowa pozycja o modzie dla rozważnych. Miałam już jakieś podstawy, trochę porządków w szafie za sobą też (wiecie, przeprowadzki naprawdę nieźle dają w kość), ale nie potrafiłam tej wiedzy zgrabnie podsumować, nie sprawnym wykorzystaniu w życiu codziennym nie mówiąc. I o ile ubieranie się czy pakowanie w okresach letnich nie stanowiło już (już!) problemu, tak jesień/zima wciąż była dla mnie zabójcza. Im więcej warstw, a musisz wiedzieć, że jestem zmarzluch, tym trudniej było mi dobrać pasujące do siebie ciuchy. Pakowanie się na tygodniowe wyjazdy zajmowało mi o wiele wiele za dużo czasu, niż możesz mnie o to posądzić. Często też chodziłam tylko w kilku zestawach, które sprawdzone, dopasowane, zwyczajnie “działały – i ze mną i z moją sylwetką, a cała reszta ciuchów tylko walała się po szafkach i komodach, bo brak mi było na to pomysłu i siły.

Książka Slow fashion modowa rewolucja pomogła mi moją wiedzę uporządkować, rzuciła nowe światło na kilka spraw i napełniła moją głowę kilogramem przydatnych i praktycznych rad.

Mniej więcej tak wyglądał pokój, gdy przystąpiłam do akcji-sortacji:

slow fashion modowa rewolucja

Tak jak nakazuje Asia, wytargałam z szafy dosłownie wszystko. Cały pokój obwiesiłam kurtkami, szalami, koszulami, gacie rozłożyłam na komodzie, każdy element w zasięgu wzroku. Mieszanka uczuć:

  • przerażenie – ile kasy władowałam w rzeczy, w których wcale nie chodzę
  • wstyd – to w kwestii środowiska
  • zażenowanie – że się tak dałam wpędzić w tą całą machinę kupowania dla kupowania
  • wyrzuty sumienia – wiadomo

Kilka głębokich wdechów, hiperwentylacja z użyciem papierowej torby, duża filiżanka karmelowej kawy i jazda. Do kosza* poleciała znaczna część ciuchów, które, niegdyś w moim stylu, teraz stały się elementem garderoby “po domu”. To było całkiem łatwe i mało sentymentalne. Potem bielizna – też pikuś, znowu większość ląduje w worze. “Doły” też nie stanowiły problemu, za bardzo nie miałam czego odkładać, sukienek mam mało, dałam radę, ale bluzki, bluzeczki, koszulki, ach, ajć. Tutaj były schody i to bardzo w złym stanie, na dodatek strome, jak diabli. Coś do czegoś pasuje, do czegoś jest sentyment, coś tam noszę rzadko, ale nie umiem oddać, coś trzeba zaszyć, naszyć, skrócić, a leży już tak od półtora roku. Zła byłam na siebie, ale w końcu się przez to wszystko przedarłam. Wypełnienie szuflady z bluzkami i sweterkami zmniejszyło swoją objętość o połowę. Nieźle. Zrobiłam sobie też miejsce na rzeczy, co do których decyzji podjąć nie umiałam. W ciągu ostatnich kilku tygodni pozbyłam się stamtąd kolejnych sztuk, jednak wciąż nie noszonej, odzieży.

ULGA.

Gdybym miała tylko jednym słowem opisać te zmiany. Nieopisana ulga. Potem nadeszła też pora na zadowolenie, ulgę, jeszcze więcej ulgi i radość z mniejszej ilości rzeczy, z porządku i ładu.

Dzięki posprzątaniu “na porządnie”, udało mi się także zauważyć, a potem zapisać, pewne powielane wzory, kroje czy kolory, które najczęściej występują na moich wieszakach lub, w których czuję się najlepiej. Jestem znacznie bardziej świadoma, nie tylko w kwestii przemysłu odzieżowego, ale przede wszystkim swojego gustu. Wykonałam niemalże wszystkie ćwiczenia opisane przez Asię, i dzięki temu moje ostatnie zakupy (z którymi zwlekałam od kilku miesięcy), okazały się być hitem. Wszystkie rzeczy podobają mi się maksymalnie i mam ochotę ciągle je nosić. Najlepiej na raz! :)

 

PORADY, KTÓRE ZAPADŁY MI W PAMIĘĆ

Czytając poradnik, odnotowałam sobie w pamięci kilka ważnych porad; to subiektywna lista, jeśli jesteś już po lekturze, nie bądź skąpa i podziel się swoją ulubioną poradą!

  • Nosimy tylko te rzeczy, które są na widoku – to dzięki tej poradzie przeniosłam wszystkie szale i ukochane chusty z ukrytego pudełka, do jednej z szuflad komody. Ku mojemu zdziwieniu, znów noszę je tak samo często, jak kiedyś, zupełnie jakbym zapomniała, jak dużą frajdę dawało mi owijanie tych kolorowych pasm materiału, wokół szyi.
  • Kupuj bieliznę dopasowaną kolorystycznie – kupienie klasycznego kompletu bielizny, w rozumieniu biustonosz i majtki, w moim przypadku jest praktycznie niewykonalne. A to nie taki stanik, a to nie tak wycięte majty. Rada Asi, choć może zalatywać banałem, otworzyła mi trochę oczy. Bo o ile moje biustonosze to kolor czarny, biały, cielisty i pudrowo różowy, tak majtki to cały przekrój tęczy wraz ze wszystkimi wzorami tego świata. Czemu nigdy wcześniej nie wpadłam na to, żeby kupować “doły” dopasowane kolorystycznie do “gór”, ach..?
  • Nie pierz tak często jeansów, wrzuć je na noc do zamrażalnika – ponoć te prawdziwe jeansy wcale nie lubią zbyt częstego kontaktu z chemikaliami czy wodą, a zarazki skutecznie zabije niska temperatura.
  • Nie pryskaj ubrań perfumami – czy ta porada wymaga rozwinięcia? Niby kolejna podstawa podstaw, a jednak zdarzało mi złamać ją się nie raz.

 

A jak tam Twoje fashion w wersji slow?? 

* kosz to metafora taka – znaczną część ubrań oddałam do charity shopów, część sprzedałam, te w kiepskim stanie poleciały do odpowiedniego kontenera na śmieci

Oceń post!