O własnym biznesie w UK

Wyobraźcie sobie- ktoś o czymś mocno marzy, dąży do tego pragnienia, realizuje je kosztem wolnego czasu, wydaje masę pieniędzy na potrzebny sprzęt, produkuje się codziennie, zagryza zęby i miesiącami pracuje na efekty.
[widzicie to?]
to teraz wyobraźcie sobie, że owy BIG DREAM zaczyna się ziszczać, wylewanie siódmych potów miało sens!
[to też widzicie?]
[końcówka Wam się nie spodoba..]
BIG DREAM przeradza się w BAD DREAM, bo to nie do końca “to coś”..
tak było u mnie. dopiero od niedawna mam odwagę to przyznać.
Kilka miesięcy po przyjeździe do UK, zaczęłam dążyć do posiadania własnej firmy fotograficznej- skompletowałam sprzęt za milion pięścet, zaprojektowałam logo, zleciłam wykonanie website; były też wizytówki, reklama w google, niekończące się SEO, formatowanie pod wyszukiwarki. w międzyczasie wykonywałam darmowe zlecenia dla znajomych, wprawiałam się, ćwiczyłam i frustrowałam na brak tych “prawdziwych” płatnych zleceń.
na czekaniu minął rok. czułam się szalenie bezradna. nie miałam pojęcia, co firmę może kopnąć do przodu. znów wydałam trochę kasy, tym razem na kurs o marketingu on-line, nie miałam innego pomysłu. kolejne miesiące pracy dzień-w-dzień, po kilka godzin, dzięki kursowi przynajmniej wiedziałam, co jeszcze mogę zrobić. i wiecie co, zadziałało.
jak za dotknięciem czegoś tam magicznego, od stycznia 2013, zaczęły pojawiać się w miarę regularne dochody, moje marzenie zaczęło się spełniać!..
..by przerodzić w mały koszmarek. a raczej kilka takowych.
  1.  koszmarek językowy- matko, ile mnie zawsze kosztuje kontakt z językiem angielskim! a tutaj cała strona z ofertą- po angielsku. codziennie maile- po angielsku (czegoż innego mogę się spodziewać, mieszkając w UK..?) klienci- Anglicy of kors, a oni lubią dzwonić, rozmawiać, obgadywać maaaasę szczegółów.. w tym wszystkim ja, językowo zakompleksiona osóbka, którą stresuje każdy telefon.
  2. koszmarek formalności – fakt, jest ich o 70% mniej, niż tych w Polsce, ale tutaj wszystko w obcym, nie-ulubionym języku, bez szans że ktoś coś w twoim imieniu*, bo przecież to moja firma, moja odpowiedzialność. a słownictwo, łuhuhu..
  3. koszmarni klienci – miałam kilku wybitnych. zawracają dupę setką telefonów, smsów, pytają o każdy szczegół po wielokroć, zmieniają zdanie, chcą żebyś ich podwoził, zawoził, podawał śniadanie do łóżka, znowu piszą, że dzwonili, albo na odwrót. ostatecznie informują Cię, że nie zapłacą, bo za drogo, bądź nie pasuje im lokalizacja (wiadoma od początku), stąd do sesji nie-dochodzi wcale.
  4. koszmarek 100% obecności – dopóki potrafisz jedną ręką robić foty, a drugą rzygać, nie jesteś dość chory, aby przestać pracować.
  5. koszmar bezradności – najgorszy, najbardziej odczuwalny. możesz zrobić wszystko, najlepiej jak potrafisz, a gwarancję zarobków wciąż masz znikomą. bywa, że będąc fotografem, czasem się po prostu NIC nie zarabia.
Powyższe gnębiły/gnębią mnie z różną intensywnością.
fotografia, w formie mojej pracy, zaczęła sprawiać mi coraz mniej satysfakcji, pojawił się lęk związany z dojazdami, stres, czy podołam ślubom, gryzłam paznokcie i źle sypiałam. zadręczałam się. nadal to robię.
i mimo wielu miesięcy ciężkiej pracy, wciąż nie miałam tylu klientów, by móc zrezygnować ze stałej, etatowej pracy (której zresztą nienawidzę).
poczułam, że utknęłam.
doszłam do ściany.
martwy punkt.
długie godziny przemyśleń za mną. kreślę nowy plan działania, narazie dość bezradnie. 
ciągle chcę mieć aparat, jako przedłużenie dłoni. to wiem. tylko tyle.
* – początkowo wykorzystywałam mojego T, do załatwienia dosłownie wszystkiego.