guilty pleasures

Moje pleasures nie są guilty!

Guilty pleasures (ang) to typ aktywności, których raczej nie wymieniamy w pierwszej kolejności, odpowiadając na pytanie znajomych “jak spędziłeś swój weekend”? W wolnym tłumaczeniu to tak zwane grzeszne przyjemności.

Według mnie są nimi te wszystkie rzeczy, które sprawiają Ci dziką radość, ale ze względu na presję społeczną, aktualne trendy i konwenanse, nie chwalisz się nimi na lewo i prawo, bywa, że nie jesteś z siebie dumny, a w skrajnych przypadkach zamieniają się w jeden wielki wyrzut sumienia. Tylko po co?!

 

Guilty pleasures?

Dziś chciałabym rozprawić się z mitem guilty pleasures. Aktualna moda, to nie tylko niegroźne sukienki z falbanami, ale przede wszystkim gloryfikacja produktywności. Spłaszczyliśmy definicję człowieka sukcesu. Człowiek sukcesu to człowiek wiecznie zajęty. Busy. Przy kompie, z telefonem, dzieciak odrabiający lekcje długimi godzinami.

Przestaliśmy porównywać wyniki przy jednoczesnej analizie procesu. Ten przed ekranem jest przecież taki pilny. Ambitny. Tak wytrwale dąży do swoich celów. A po wielogodzinnej pracy należy mu się odpoczynek, jasna sprawa!

Dla ambitnych ludzi ambitnie spędzony czas wolny. Najlepiej rozwojowo. Ewentualnie rozrywki na topie. Ambitni ludzie nie chodzą na gimnastykę, oni biorą lekcje pilatesu. Do poduszki nie przyswajają kryminałów, tylko poradniki. Nie piszą pamiętników, toż to takie staromodne, dużo lepiej uzupełnić swój kalendarz na następne 4 tygodnie. Ulubionym kanałem ambitnych ludzi jest Discovery History. W poniedziałki po francusku, w środy po niemiecku. Po angielsku nie oglądają, bo to język, który opanowali w zerówce. Prywatnej.

A potem taki ambitny człowiek sukcesu marzy, by zapaść się na sofie (bez jednoczesnego spinania mięśni brzucha i pośladków) i obejrzeć Świat według Kiepskich albo innych Bundych. Po polsku. Z popcornem. Czasem nawet to robi. Ale trochę się wstydzi. I nie mówi nikomu.

 

Moje pleasures nie są guilty!

Zastanawiasz się czasem, co wypada, nie wypada? Wypada to dysk mojemu Panu Mężowi, to wiem na pewno. Resztą się nie przejmuję. Moje pleasures nie są guilty. Nie są grzeszne, ja nie czuję się winna. Piwna też nie.

  • Uwielbiam te książki o miłości dla nastolatek. Sagę Zmierzch i wszystkie części 50 twarzy Grey’a też wciągnęłam. Filmy widziałam nawet dwukrotnie.
  • Raz na jakiś czas mam ochotę wybrać się na wakacje all inclusive. Leżeć i pachnieć. I słuchać Wiedźmina, którego Pan Mąż czyta mi na głos.
  • Nie jestem na tyle zdecydowana, żeby mieć jeden ulubiony kolor, ale róż znajduje się w ścisłej czołówce tych naj. Różowy jest mój szlafrok, różowa torebka, szaro-różowy instagram. Róż jest super!
  • Kocham baje. Za happy ending. Za uśmiechnięte dwie godziny. Na odstresowanie puszczam sobie piosenki z bajek Disney’a i tańczę. Nieczęsto, ale jednak. Mam szalenie kiepską pamięć, ale jakimś cudem nie tyczy się to animacji.
  • Swojego czasu nie potrafiłam się powstrzymać od grania “w kuleczki, albo, na telefonie we wszelakie “diamenciki“.
  • Po zakończonej pracy oglądam sobie odcinek Desperate Housewives i otwarcie twierdzę, że to najlepszy serial ever. Czasami odcinek mnoży się razy dwa. Nie, nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.
  • Lubię teledyski Taylor Swift. Blank space zachwyca mnie nieprzerwanie!
  • Rankami czytam blogi, albo książki. Pochłonęłam tak np. Historię wewnętrzną (genialna sprawa z tymi bakteriami) i książkę o stoicyzmie. Do niedawna poranki zaczynałam od chłonięcia fotek na Insta. Równie pięknie.
  • Ulubiona rozrywka w nowym miejscu – jedzenie! Kulinarna mapa każdego odwiedzonego miasta, to podstawa podstaw. I kawa na mieście. I poszukiwanie najlepszych lodów.
  • Lubię pytać ludzi o kulisy ich pracy, spacerować. Czasem zdarza mi się po prostu poleżeć. W czasach, kiedy mieliśmy TV potrafiłam nawet leżeć przed nim i zachwycać się Top Model. Jedząc ciasto. Serio. Miałam podobne fascynacje Kuchennymi rewolucjami, Perfekcyjną Panią Domu, Dorotą, która Was urządzi, a nawet Panią Gadżet!
  • Koloruję obrazki i piszę pamiętnik. Od 11 roku życia.

 

Pleasures-już-nie-guilty

Chyba już rozumiecie, że ja się nie czepiam formułki; gulity pleasures nikomu krzywdy nie robi. Jednak nie godzę się zupełnie na tę modę bycia wiecznie zajętym. Produktywnym. Twórczym. Zajebistym. Kreatywnym. Rozwojowym i takim “bardzo do przodu”.

Czasem warto pobyć w tym miejscu, w którym się zwyczajnie jest. I ten czas spędzić na totalnym relaksie. Bez wyrzutów sumienia.

 

Okej, to jakie są Twoje pleasures-już-nie-guilty?