Mamo nudzi mi się!

Mamooo! No mamoo, nudzi mi się, nudzi! – nigdy takiego zdania nie usłyszałam; od kilku lat usilnie próbuję nic nie zrodzić i  będę się bronić rękami nogami jeszcze przez kilka dodatkowych. Aktualnie mogłabym zająć się, co najwyżej, jajkiem tamagotchi, a to i tak z włączoną opcją SILENT. Tylko i wyłącznie. Instynkt macierzyński objawia mi się w Nextcie, gdy przeglądam przeurocze miniaturowe odpowiedniki outfitów, które sama bym chętnie nosiła. Tylko wtedy. A musicie wiedzieć, że rzadko bywam w Nextcie.

No ale nie miało być o mnie- inkubatorze dla miniaturowej fasolki- dziś jestem dzieckiem i to ja krzyczę

NUDZI MI SIĘ!

Bo nudziło i to nie raz.
Jestem dzieckiem lat ’90; pamiętam Dragon Bull’a na RTL 7, skakałam w gumę (byłam w tym zajebista) i robiłam wszystkie te rzeczy, o których możecie przeczytać u Ani czy Kominka (choć tego porównania pewna nie jestem- gdyby się uprzeć mógłby być moją matką Oo.) Od dziecka przejawiałam też talenty iście artystyczne, nic mnie tak nie zajmowało, jak kartka papieru i kilka mazideł.
Miałam też jedną dużą wadę, byłam dzieckiem. Czasem nudziła mi się kartka, lalka którą ojciec kupił w Niemczech, Cartoon Network nie bawiło (cholera, nadawali po angielsku). Szłam wtedy do mamy mej i wiadomo co mówiłam. – Idź coś porysuj – słyszałam w odpowiedzi.
Spoko, szkoda że sama na to nie wpadłam.
Nie pamiętam zabaw z rodzicami, choć więcej niż zabawek, było tylko kurzu na nich. Nie pamiętam rysowania dłońmi, wspólnego szycia, teatrzyków. Nikt nie dbał o moje artystyczne zapędy, więc

ZADBAĆ MUSIAŁAM SAMA

Grzebiąc w pamięci, widzę masę fajnych rzeczy, na które wpadłam. Miniaturowy człowiek orkiestra, pomysłodawca, wykonawca, ojciec dyrektor. Robiłam (wraz kuzynką, o ile mnie mój łeb nie oszukuje) przedstawienia za pieniądze (biznes się kręcił, kupowałyśmy tony oranżady w proszku i gum-kulek), projektowałyśmy wnętrza (o matko, jak ja lubiłam rysować łazienki!), malowałyśmy bramę wjazdową wodą; były też szałasy, zupa z szyszek i te sprawy. Generalnie miałam fajne dzieciństwo, na świeżym powietrzu, pamiętam dużo spacerów, placów zabaw, czy sosnowieckie egzotarium, tylko gdy padało pojawiał się mały

PROBLEM

Idź się czymś pobaw, czymś zajmij, coś porysuj, obejrzyj jakąś bajkę. Najzwyczajniej w świecie mnie zbywali, a dla dziecka coś, czymś, jakieś, jawi się jako abstrakcja w najczystszej postaci. Nudziłam więc się, rzygałam kolorowankami, stałam w miejscu. Bywały przebłyski, gdy mama rysowała dla mnie królewny czy psy (zawsze te same, tak samo), albo ciocia, wtedy studentka pedagogiki, testowała ćwiczenia z zajęć.
Z czasem analfabetyzm zanikł, dostałam masę “kreatywnych” książek, lepiłam z masy solnej, robiłam girlandy choinkowe, kolczyki, osłonki doniczkowe, ozdabiałam obrusy, świeczniki, pierniki i w sumie wszystkie te fajne rzeczy, o których teraz możecie przeczytać pod zakładką DIY.

SŁOWO KLUCZ

Wyszłam zwycięsko z domu, w którym tak małą wagę nadawało się kreatywności. Toż to słowo klucz jest!
Teraz musisz kreatywnie skanować na kasie, kreatywne jest dziecko nienarodzone, gdy chodzi o miejsce w elitarnym przedszkolu, kreatywne są matki cerujące skarpety, kreatywny kierowca pekaesu, wszystko jest tak totalnie kreatywne, nawet moje CV jest fioletowe, kreatywne, tak jak ja.

OSTATECZNIE

Dbajcie o dzieciory swoje, Fisher Price to wciąż tylko kolorowy migający kawałek plastyku. Niech nudzi mi się!, będzie czerwonym wykrzyknikiem, lekkim kopniakiem w brzuch. Dziecka nie można odstawić na półkę, co by się trochę zakurzyło. Rusz dupę i zagrajcie w coś razem, 15 minut układania puzzli dobrze Ci zrobi, spokojnie, facebook tyle bez Ciebie wytrzyma. Nie ignoruj, nie popędzaj, nie wymuszaj, pozwól na rozwój i błędy. Bądź kreatywny, kreatywnie spędzajcie czas.

I pamiętaj:
idź coś porysuj to przełączenie dziecka w SILENT tryb.