stół weselny

Lubię moją pracę tylko ludzi nie

Jadę na zdjęcia (dekoracje ślubne w plenerze), nie mogę znaleźć miejsca, babka nie odbiera, krążę 40 min, kilku kilogramowy plecak zaczyna mi się wrzynać w moje chore barki, telefon mi się zaraz rozładuje od próby połączenia numer milion; w końcu znajduję i miejsce i kobietę nieszczęsną – nawet nie wie, gdzie ma telefon.

Ok, najgorsze i tak przede mną – nic nie jest gotowe, zaczyna padać, czekam w samochodzie dodatkowe pół godziny, nieco się rozjaśnia, robimy foty, opornie, znowu niebo ryczy, moknie nam część dekoracji, co chwile coś nie gra, coś chce przestawiać, wciąż nie jest gotowa, chce żebym w Photoshopie retuszowała zdechłe już róże, czegoś jej brakuje, a to widelec odrapany, a to świeczka zgasła, brakujące sztućce też mam w PS wkleić. Po zdjęciach decyduje się na pakiet z mniejszą ilością fotek, tańszy, okej, nie ma problemu, podpisujemy umowę – kasę zawsze zbieram w dniu sesji, informuję wcześniej. Wiedziała, ale kasy nie ma, przeprasza, przeleje mi na konto. Jeszcze tego wieczora przesyłam detale bankowe, po 4 dniach dostaję mejla z wiadomością, że przeprasza najmocniej, ale dekoracje drogo ją wyszły, się nie spodziewała i że przeleje za tydzień. Obiecuje. Zastanawiam się, które to dekoracje takie w cenie, skoro wszystko wypożyczone, no ale kłócić z takimi nie ma się co, robię swoje, czekam. Po tygodniu dostaję przelew, dzwoni pięć razy co by mnie o tym fakcie poinformować.

 

Kilka dni spokoju.
Mejl.
Potem kolejny.
I telefon.

 

Gdzie zdjęcia, ludzie czekają, terminy gonią, website pustkami świeci, dziecko płacze – same tragedie. Podpisywałyśmy umowę, przecież jej obiecałam, przecież wiedziałam, ona czeka, firma (ta od krzeseł) czeka, kolejna (od talerzy chyba) już włosy z głowy rwie, a ja cisza, ni wiadomości, ni telefonu, milczę, a ona mi przecież zapłaciła, trochę później niż uzgadniałyśmy, ale no przecież zapłaciła, swoje zrobiła, a ja co. Gdzieś między wierszami, pomiędzy moimi kurwami wymawianymi dobitnie acz w myślach, po dobrych dziesięciu minutach przegadywanek przyznaje się kobicina, że umowę zgubiła. No wcięło. Pytam, czy ona w ogóle tą umowę przeczytała. Oczy ma duże to i może czytać potrafi. Chwilę próbuje mi wmówić, że to moja wina, bo poganiałam (tak, z pejczem nad nią stałam). Naciskam. Jak bardzo mnie wkurwią to i po angielsku nie da się mnie przegadać, przekrzyczeć też nie. Wyciągam swoją kopię, czytam na głos, sprawdzam kalendarz, mam jeszcze dobre dwa tygodnie na oddanie zlecenia. Chwila ciszy. Przeprasza. Żegnamy się.
Lubię moją pracę, tylko ludzi nie.

 

Oceń post!