Jak osiągnąć ZEN

Wypisałam sobie rzeczy, które odbierają mi spokój ducha i zaczęłam je eliminować wszystkie po kolei…

W trudnych momentach pytam siebie, co mnie TERAZ uszczęśliwi. Zazwyczaj jest to spacer z mężem, latte, albo fotografowanie sypialni przez trzy godziny bez grama wyrzutów sumienia. Proste sprawy. Proste przyjemności. Karmienie kaczek, czy garść czereśni na pikniku.
Mam duże wymagania, duże cele, ale cieszą mnie małe rzeczy. Wymagać to nic złego, byle od samego siebie.
Brak ruchu i robię się zmierzła; już po tygodniu bez regularnego treningu nie poznaję samej siebie, cierpliwość tracę bez zastanowienia.
Nie umiem się spełniać przy projektach bez sensu, nie lubię pracy na pół gwizdka, obowiązków z obowiązku i działań których wypada się podjąć.
Za dużo się stresuję, przejmuję. Dałam się porwać rytmowi, który gniecie mnie za mostkiem.
Nadmiar pracy wysysa ze mnie życie. Etat, blog jak kolejne pół i nieregularne, nasilone latem zlecenia foto. Choć dwa ostatnie najprzyjemniejsze – zabierają czas na książkę, czy koktajl w ogrodzie. Pan Mąż też chciałby mnie czasem widywać…
Początek roku zatruł mnie okrutnie, trochę się pogubiłam, sens i wartości wyblakły, pomieszanie z poplątaniem i problemy ze zdrowiem, a  w środku tego wszystkiego ja. Bez pomysłów i celów do realizacji, a ja plany snuć i wykonywać lubię bardzo. Nastały tygodnie spędzone na długich rozmowach, idee zmieniały nam się co tydzień, kilka spaliło na panewce, inne wymagały niemożliwego. Never say never.
 
Od września wracam do szkoły. Etat redukuję do dwóch dni. Podnoszę ceny i czas realizacji. Więcej będzie mnie na jest-rudo, więcej dla siebie samej. Dwa miesiące i osiągnę ZEN.
Czasem świat trzeba trochę popchać do przodu, a JA przedłożyć na plan pierwszy.
Oceń post!