Jak zaczęłam jeść zdrowo

Nie spodziewajcie się typowego poradnika, nie mam za sobą zaplecza wiedzy à la Dr Lifestyle, a jedynie swoje własne doświadczenie, których chętnie się z Wami podzielę. Kojarzycie Ciasteczkowego Potwora z Ulicy Sezamkowej? Jakiś czas temu żarłam tyle, co całe dorodne miasto wypełnione tysiącami takich potworków! W pewnym momencie zmieniłam swoje wysoko węglowodanowe menu i dziś trochę podpowiem jak jeść zdrowo, a raczej jak mnie się udało.

 

KIEDYŚ NIE LUBIŁAM SŁODYCZY

Moja mama nie jest fanką słodkiego smaku i ponoć coś fajnego udało mi się odziedziczyć – za dzieciaka też nie lubiłam słodyczy. Jednakże moja babcia to jest kobieta na tyle wytrwała, że mimo niesłabnącego oporu z mojej strony, wciąż podsuwała mi pod nos batoniki, ciasteczka i lody, aż w końcu zrezygnowałam z kręcenia nosem i tenże nochal wsadziłam w górę bitej śmietany. Zostałam tak na następne kilkanaście lat.

Dzieckiem byłam chudym, nad wyraz; nosiłam rajstopki w poprzeczne pasy (mądrzy rodzice!) i cała rodzina potrafiła odtańczyć dzikie hulanki, byle tylko mała Natalka otworzyła buzię po jeszcze jedną łyżeczkę zupki. I jeszcze jedną…

jak zaczęłam jeść zdrowo
zdjęcia pochodzą z mojego instagrama

 

NIENASYCONY HULK

Na okres dojrzewania, kiedy to jadłam tyle co cała moja familia razem wzięta, przypadł najgorszy słodyczowy głód. Wtedy z sympatycznego włochatego Ciasteczkowego Potwora zamieniłam się groźnego, wiecznie nienasyconego Hulka! Czekolada z nugatem w godzinę? No problem! Wielka paka paprykowych chipsów, gdy w środku nocy obudził mnie głód? Czemu nie! Trzy kawałki karpatki, jeden sernika i cola do popicia? No pewnie, w sam raz do popołudniowej herbatki. Żarłam, a że młoda byłam i na przystanek co dzień biegałam – nie szło mi w boczki, w uda też niekoniecznie. A nawet jak coś gdzieś minimalnie wystawać zaczęło, dwa brzuszki machnęłam, dwa przysiady, po kłopocie. Nigdy nie miałam dość, często nie potrafiłam zacząć się uczyć bez tabliczki mlecznej z orzechami, keczupowe z Biedronki towarzyszyły każdej rozgrywce w planszówki, lody to taka antipasto, w sumie to się nie liczy. Czasami czułam, że MUSZĘ natychmiast zjeść coś słodkiego, a jak nie było… piekłam ciasto, ucierałam kogel mogel, ruszałam mało-jędrne-dupsko do sklepu, żeby braki uzupełnić. 50cm pizzę zjadałyśmy z przyjaciółką na pół. Bywały momenty, gdy nie potrafiłam myśleć o niczym innym, wciąż chciałam żreć, wpychać w siebie, zajadać, konsumować, przeżuwać, połykać, trawić, jeść. Nie miałam limitów, nie czułam potrzeby ich sobie narzucać. Cały czas wpychałam w siebie słodkie śmieci, a do tego 3-5 porządnych domowych posiłków. Jeszcze nie tyłam. Jeszcze.

 

PIERWSZY ZRYW

Pierwszego stopa dałam sobie w liceum, kiedy to namiętnie przygotowywałam się do matury z biologii. Im więcej czytałam o swoim ciele, odżywianiu, działaniu poszczególnych narządów, tym większą niechęć żywiłam do karmelków i krówek, choć słodziachne to przecież i urocze. Zaczęłam też regularnie się gimnastykować, rozciągać; nic poważnego, ot 30 minut dziennie dla ciała i ducha. Podziałało. A potem przyszedł czas jeszcze intensywniejszej nauki, mniej spałam, zrezygnowałam z ruchu, gorzej też zaczęłam jeść, mojego Pana Męża poznałam, zatęskniłam się na śmierć, smutki, stres i złą pogodę zajadałam. A jakże! I tak sobie żyłam przez kolejne kilka lat, karmiąc się niezdrowym żarciem (matko z córką, ależ ja miałam słabość do Kinder Bueno i Rafaello!), a moje wewnętrzne organy pięknie obrastały tłuszczykiem. Aż pewnego dnia, w maju 3 lata temu, moja przyjaciółka wpadła z urodzinowym prezentem i skalpelem. Chodakowskiej.

 

JAK JEŚĆ ZDROWO

Od tamtej pory każdy kolejny rok jest lepszy. Dorosłam i pożegnałam się z Ciasteczkowym Stworem. Jem zdrowiej, mądrzej, łatwiej komponować mi posiłki, 3 miesiące z Vitalią pomogły mi znaleźć inspiracje, intuicyjnie dobieram sobie śniadania, zjadam zdrowe podwieczorki, moja waga waha się o 2kg, zależnie od pory roku czy cyklu. Rozumiem, że zdrowy tryb życia to jest proces i tutaj, jak nigdzie indziej, bardzo ważne jest cieszenie się samą drogą. Nie jest idealnie! Mam tak dużo obowiązków, że w pierwszej kolejności świadomie zawsze rezygnuję z regularnych treningów, choć wtedy od razu gorzej wyglądam, gorzej się czuję. Zaliczyłam 3 miesiące na siłowni i wiele kilkutygodniowych romansów z domowym cardio. Przez tydzień też biegałam, nienawidzę biegać. Z dietą jest łatwiej – nie ciągnie mnie do tłustych obiadów, typową “polską kuchnię” też omijam na rzecz tej włoskiej, tyle że czasem śmietanę zastępuję naturalnym jogurtem. Nie zawsze. Nie wariuję. Jedzenie ma smakować. No właśnie, a te słodycze… To nie jest tak, że nie jem ich zupełnie, ale wypracowałam sobie metody, które pozwalają mi omijać słodką chemię, choć to jest temat na osobny wpis, dajcie znać czy się produkować?

Już nie zastanawiam się jak jeść zdrowo, robię to intuicyjnie, doskonale zdaję sobie sprawę, kiedy naginam swoje zasady, a kiedy zupełnie je łamię. Nie pijam dużo kawy, aktualnie obraziłyśmy się na siebie. Lubię domowe soki, a te sklepowe rozcieńczam z wodą, są dla mnie zbyt słodkie. Uwielbiam herbatę, a wodę chleję w hektolitrach. Właściwie to cały czas coś popijam, zwykłą, z cytryną i miętą, latem z lodem, zimą na ciepło. Na czczo i po obiedzie. Podczas treningu muszę się bardzo ograniczać, już nie raz zdarzyło mi się przerwać cardio z powodu żołądka pełnego wody. Dobry nawyk, tylko często się sika. :) Pamiętaj, pragnienie to pierwszy stopień odwodnienia!

Moje ciało doznało szoku (takiego wiecie, na plus) przy pierwszym zderzeniu z wysiłkiem fizycznym, skóra się ujędrniła, spadł brzuch, dupa się podniosła, schudłam. Od tamtej pory na efekty muszę dużo ciężej pracować, dłużej, mocniej. Już nie ma efektu WOW po miesiącu zasuwania. To uczy pokory i skupienia się na danej chwili, na tym konkretnym treningu, bo każde 15 minut wylewania z siebie potów to maleńki kroczek w stronę zdrowia, lepszego samopoczucia i, finalnie, fajniejszej sylwetki.

jak zaczęłam jeść zdrowo
zdjęcia pochodzą z mojego instagrama

 

NIEIDEALNA

Jestem człowiekiem, daję sobie fory, czasami przesadzam z tym pobłażaniem, ale wciąż się uczę siebie, ćwiczę wolę. Na wakacjach czy wyjazdach do Pl nie stosuję się do swoich zasad, choć po 3 dniach gofrów tęsknię za kremem z porów na warzywnych bulionie. Wystarczy zerknąć na mój instagram, żeby przekonać się, jak daleka jestem od ideału. Lubię torty (kto nie lubi!), ale równie chętnie zjem ciasta z ekspandowanego amarantusa czy ukochane brownie z kaszy jaglanej. Od każdego przepisu odejmuję połowę cukru.  Szukam zamienników. Podejmuję wybory i ponoszę ich konsekwencje. Ostatnia zima była pierwszą od 10 lat, gdy nie musiałam walczyć z zapaleniem zatok. Niemalże nigdy nie boli mnie głowa, a jak już się ośmieli, wypijam szklankę wody. Nie pamiętam ostatniego przeziębienia; kiedyś każde przeradzało się w zatkany nos na trzy tygodnie. Mam świetną cerę, nie wiem co to ból żołądka i już nie wypadają mi włosy. I miewam gorszy czas – stres czy zabieganie potrafią wybić mnie z rytmu, jak opętana pragnę wtedy tiramisu, paprykowych karbowanych chipsów czy góry lodów waniliowych. Do obiadu dopycham się ciastkami, kolejna paczka na przekąskę. Ale na myśl o Marsie w gardle rośnie mi gula. Rzadko która sklepowa czekolada ma przyzwoity smak… czekolady, desery w restauracjach są dla mnie zwyczajnie zbyt słodkie!

Nie jestem idealna, ale się staram.

 

…a jak nie dasz lajka, to Ci pójdzie w boczki!

Oceń post!