Życie w Anglii

Życie w Anglii – początki

Poniżej historia moich początków w UK – życie w Anglii bez lukru. Wpisy związane z życiem w UK zawsze spotykają się z poklaskiem, dlatego po raz kolejny nawiążę do tematu. Wielu z Was pytało mnie, jak to jest na początku, jak wyglądają pierwsze miesiące życia w Anglii czy w końcu, jak znaleźć pracę i rozpocząć normalne życie za granicą. Dziś postaram się opowiedzieć Wam o moich doświadczeniach. Ale anegdotą też rzucę. A co!

Życie w Anglii i UK – początki

 

Pewnie nie wszyscy wiecie, że przyjechałam do UK z miłości. Skończyłam szkołę, w międzyczasie coś mnie w brzuchu wiercić zaczęło, motyle jakieś czy coś, więc maturę napisałam i opuściłam rodzinną chałupę. No właśnie.. matura. No właśnie… angielski. Jako uczeń byłam typem kujona, bardzo zależało mi na ocenach, mnóstwo czasu zmarnowałam na naukę (z perspektywy czasu nie boję się tego stwierdzenia), ale angielski, języki generalnie, no jakoś naumieć się nie dawały. Przed ustną z angielskiego niemalże mdlałam, choć całokształt zdałam dobrze. Bardzo dobrze.

 

Życie w Anglii – początkowe rozterki

Na myśl o życiu z Nim czułam wielką ekscytację, nie przerażała mnie perspektywa pani domu (nie mylić z kurą domową) czy też życie na swoim. Z odpowiedzialnością byłyśmy już na ‚ty’, stwierdziłam że dam radę, ba! w ogóle nie rozważałam innych opcji. Po kilku sielankowych dniach spotkałam się z pierwszym ogromnym stresem – rejestracja w agencjach pracy. Kilka słów o sobie, cel wizyty, testy, to wszystko totalnie mnie sparaliżowało. Ja pisać chciałam do ludzi, nie mówić. Znałam te wszystkie rodzaje zanieczyszczeń powietrza w obcym mi języku, wiedziałam jak opisać obrazki, jakich czasów użyć, kiedy wstawić przecinki, ale niewiele ponad „good morning” przechodziło mi przez gardło. Nikt mnie tego nie nauczył, z nikim nie miałam okazji rozmawiać, na samą myśl oblewał mnie zimny pot. To samo miało miejsce w mojej pierwszej dziwnej pracy, w firmie z telefonami LG, zarządzanej przez Koreańczyków. Zajęło mi kilka miesięcy, żeby zrozumieć, że to oni nie znają języka, nie ja. W tym czasie moja pewność siebie, delikatnie rzecz ujmując, była bliska zeru, niedelikatnie – czułam się jak gówno. Pozostając „w branży”, zmieniłam firmę, tym razem spędzałam 8 godzin dziennie, testując telefony HTC. I znów z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wtedy nie doceniałam tej roboty – wygodne krzesełko, fajne biuro, godzinami grałam w Angry Birds (życie w Anglii potrafi być bardzo przyjemne…), przeszłam chyba wszystkie możliwe levele wszystkich dostępnych części, ale ludzie byli chujowi, a z tym niewiele da się zrobić. Po wypadku, na okres kilku miesięcy, stałam się utrzymanką :), potem miałam krótki epizod w Fossilu (matko, jak ja lubię ich torebki!), ostatecznie skończyłam w John Lewis, gdzie pracuję do dziś, na szczęście tylko na part-time! Musicie wiedzieć, że do prowadzenia konwersacji z Anglikami, miałam okazje dopiero w ostatniej firmie. Wcześniej zawsze otaczali mnie Polacy, albo Litwini, płynnie porozumiewający się po polsku. Wtedy oczywiście byłam przeszczęśliwa, że świat nie zgotował mi żadnych wyzwań, ale w tym czasie byłam inną osobą, i znów, z perspektywy czasu, głośno mówię PUSH YOURSELF w każdej możliwej sytuacji. Inaczej staniesz w miejscu, a Twoim jedynym zajęciem będzie omiatanie pajęczyn z grzywki. Wracając do angielskiego – rozmowy sporo mnie kosztowały, a już po kilku tygodniach nabrałam większej wprawy, a moja pewność w temacie rosła. Nie miałam perfekcyjnego języka, nadal nie mam, a jestem tutaj już 4,5 roku. Mój mąż nie ma, a jest tu lat 9. A mimo to pracujemy na stanowiskach, gdzie zarządzamy grupą kilkudziesięciu osób, i jesteśmy w tym dobrzy! Owszem, zdarzają się nietypowe sytuacje, gdzie mimo trzeciej próby, dalej nie wiem, jak problem rozwiązać, ale wtedy szukam kogoś, kto mnie uratuje, ładnie dziękuję za pomoc i na tym sprawa się kończy. Nie ma wielkiego halo, łez też nie ma, a te kilka lat wcześniej popadłabym pewnie w depresję. Znam ludzi, których możliwości językowe kończyły się na koślawym „hello”, a jednak radzili sobie tutaj wyśmienicie! Gestykulacja, jakieś łamane próby i dawało radę. Jeśli jeszcze nie wyłapaliście puenty, podpowiem: nie musisz być perfekcyjny, ale musisz w siebie wierzyć i próbować. I próbować. Oni tutaj są tak wyluzowani, że nawet nie zwracają uwagi, że coś jest nie teges. Nigdy nikt mnie tutaj nie poprawił, o ile sama o to nie poprosiłam, a gdy mnie naszło na językowe dywagacje, chodziłam i pytałam Anglików, jaka jest różnica między turtle a tortoise, na kilkanaście osób odpowiedziała mi jedna. Jedna! To tak, jakbyś Ty nie wiedział, że istnieją żółwie lądowe i wodne.

Życie w Anglii – anegdoty

Jeśli zachować dystans – nieporozumienia odbieramy jako zabawne, szybko też awansują do grona domowych anegdot. Wczoraj, wśród kilku polskich znajomych, porozmawialiśmy sobie trochę o takich wpadkach, zrobiłam notatki i śmiało przytaczam.

I tak, kilka miesięcy temu, w kantynie poprosiłam o „fish and bin” /fisz end bin/ czyli rybę i kosz na śmieci. Choć na myśli miałam oczywiście beans /bins/ – fasolkę. Znajoma znajomego, w spożywczym poprosiła o „one cock” /łan kok/ – jeden kutas, ale bardzo zależało jej na kupnie coli /kołk/:D . W temacie narządów rozrodczych zostając, kumpel zranił się w rękę, rana paskudnie zaczęła się babrać, wybrał się więc do apteki, wnioskując, że skoro ropa to „pus” /pas/, to przymiotnikiem będzie „pusy”/pasy/, tyle że biedaczysko nie sprawdził wymowy, i w jego wykonaniu brzmiało to mniej więcej „pussy wound”/pusi łund/ ^^ ! To chyba moja ulubiona story, czaicie facet przychodzi do apteki i szuka maści na ranną cipkę*, pokazując rękę?! Padłam i jeszcze nie wstałam! O, mam jeszcze jedną fajną – znajoma, pracownik tesco, zapytana przez klienta o dział z nabiałem („dairy” /deriy/), wysłała gościa na pamiętniki („diary” /dajri/) ! Mam nadzieję, że autoterapia przynosi oczekiwane rezultaty XD, a analogiczna historia powtórzyła się jeszcze z zupą i mydłem. Albo taka sytuacja: przygotowuję się do interview, zaszczana ze strachu, po czym PM, żeby zachęcić mnie trochę strzela hasłem „give ahead”, co w wolnym tłumaczeniu jest, ni mniej ni więcej, namową do obciągania. Życie w Anglii na wesoło :D

Gdyby pogrzebać pamięcią trochę głębiej, takich historii można by mnożyć, a mnie już i tak wyszła przydługawa notka. Jeśli macie mało czasu, przeczytajcie drugą, fajniejszą część, tą z anegdotami. I jeszcze jedno – podzielcie się swoimi językowymi wpadkami! Koniecznie!

* – miałam niemały problem z tłumaczeniem