Multisrasking!

Omlet się smaży – brzmi, jakby radził sobie sam, nie? – więc łapię za widelec i nakładam twaróg, truskawki, banana na omleta Pana Męża. Równomiernie z tym twarogiem, owocki symetrycznie, estetki nie tylko pod insta robią ładne śniadania. I wnet myśl o tym drugim, pozostawionym samemu sobie, już brunatnym, jak mniemam i cóż, nie mylę się. Multisrasking.

Albo owsianka w połączeniu z serialem. Nie wiesz, kiedy zjadasz, jak smakowało, nie widzisz tego rozmoczonego w mleku owsa, który zdobi cudnie teraz dekolt Twój. Multisrasking.

Niby post piszę, ale mi się znudzi, rozproszy, zachce innego coś, więc maila otwieram i wnet zasypuje mnie kilka arcyważnych pytań na wczoraj i dwa smoki do zabicia i jeszcze widzę, że w sklepie awaria i kuzynka o poradę prosi i kurier właśnie do drzwi dzwoni, a nie, to jednak zakupy, rozpakować trzeba, do lodówki włożyć, jak to już po jedenastej?! Multisrasking.

 

Multisrasking

Obawiam się, że wmówiono nam, że multitasking to modny jest i cool. Że to takie coś, co robią ludzie w Stolycy, więc są tak bardzo do przodu, że nigdy TU. I te wszystkie modne matki, co z karierą macierzyństwo przeplatają, jak obwarzanek na rynku w Krakowie. I fit w dwa tygodnie po porodzie i same gotują dwa dania z deserem w dni powszednie, bo w weekendy antipasti jeszcze są.

Jakiś czas temu byłam bardzo multi. Uczyłam się w collegu, pracowałam na etacie, realizowałam zlecenia foto i pisałam rudego bloga. Zaliczyłam też przeprowadzkę, a jakże. Dostałam w tym okresie zatrważającą ilość maili i wiadomości. Treść była podobna – podziw i chęci, by dawać z siebie więcej, upchnąć w tej dobie wszystkie oczekiwania i jeszcze SPA se w łazience zrobić wieczorem.

A nie było czego podziwiać i chcieć. 

Byłam wykończona. Zmęczona. Padałam na ryj.

Ogrom obowiązków wzięłam na siebie na czas określony i bardzo świadomie, ale ten multitasking, choć zaplanowany, to wciąż multisrasking. Leciałam na sesję foto, a myślami krążyłam wokół notki na blog. Jadłam i czytałam materiały do collegu. Efekt? Wieczny pęd, multum stresu, napięcia i ciągłe zasypianie z myślami oooolaboga, jeszcze tyle rzeczy do zrobienia! 

Nigdy w życiu nie chciałabym powtórki z tej jakże wątpliwej rozrywki.

multitasking vs singletasking
Bardzo mi tutaj spasowało to zdjęcie. Multisrasking na całego! Pozostałe zdjęcia z tej sesji możecie zobaczyć w artykule mężczyzna vs kobieta.

 

Ptactwo precz!

Już nie łapię kilku srok za ogon.

Mam to szczęście, że dość szybko nauczyłam się, że dobra organizacja polega przede wszystkim na eliminacji. Wyrzucam mniej istotne zadania, by mieć czas na te naprawdę ważne. Jeśli chcecie, z chęcią opowiem Wam o tych wszystkich rzeczach, których nie robię, dajcie tylko znać ;)

Jeszcze nie tak dawno, chwilę po przeprowadzce do Polski, podzieliłam swój dzień pracy na bloki. Był czas na sklep, bloga, medytację, tworzenie nowych produktów, obsługę klientów, spacery, gotowanie. W efekcie ledwo zdążyłam się wdrożyć w jedno zadanie, budzik oznajmiał, że pora na zmianę. Bleee!

I tak wypracowałam sobie nową metodę pracy, którą stosuję już od wielu miesięcy i, cóż, przyjaźnimy się:

 

Singletasking ekstremalny

Moje bloki zadań rozciągnęły się do maksimum. Potrafię przez miesiąc pracować nad nowymi produktami, albo przez dwa tylko notki na blog pisać. W 2 dni „naprodukować” zdjęć na insta, na następne kilka tygodni.

Przykład? Proszę bardzo – ostatni blok „pisanie tekstów na rudego bloga” zaliczyłam w drugiej połowie września. Wszystkie teksty, które przeczytaliście do tej pory (za wyjątkiem podsumowania roku oraz tekstu o zarabianiu na blogu), czekały sobie na publikację od kilku miesięcy! Facebook dokładnie tak samo – większą część działań planuję na miesiące do przodu i spokój święty mam. Jak mnie jakaś myśl nachodzi, nic nie stoi na przeszkodzie, by jednak za telefon złapać i swoje aktualne 3 grosze wtrącić.

Do końca lutego pracuję nad wpisami na blog, a marzec będzie miesiącem pracy nad kursem.

Zadania wykonane na długie tygodnie przed terminem, przynoszą mi spokój ducha. Gorsze samopoczucie? Choroba? Wyjazd? Spoko loko, mogę odpuścić, odpocząć.

Dla mnie taki komfort jest nie do przecenienia.

 

Multisrasking jest na powrót multitaskingiem w przypadku błahostek, rutyny dnia codziennego. Ot, nic złego w słuchaniu podcastów podczas ścierania kurzu. A gdy nakładam hybrydy lubię oglądać Desperate Housewives. Jak reguluję brwi też. W ogóle jestem wielką fanką „Desperatek” i one są dobre w każdym momencie. No okej okej, już się przywołuję do pionu.

Zdaję sobie sprawę, że wielozadaniowość to czasem jedyny „ratunek” dla bardzo zapracowanych jednostek, ale do przemyślenia zostawiam Wam jedną tezę, czy nie warto byłoby czasem po prostu pobyć samemu z własnymi myślami? Ja wiem, że pragniemy się douczać, piąć. Ale sprzątanie może być niezłą formą medytacji. A medytacja może być tym, czego właśnie Ci teraz potrzeba.

 

Jestem szalenie ciekawa, czy zgodzisz się ze mną w kwestii multisraskingu ;)

Jakie są Twoje ulubione metody pracy?