Ciemna strona blogowania #1 – co mnie wkurza w czytelnikach

Ciemna strona blogowania to wpis, z którym woziłam się po dzielni już od jakiegoś czasu. Niemniej przyszedł ten moment, kiedy wszystkie moje wpisy stworzone początkiem roku, właśnie się wyczerpały. Do zera. None. Nic nie mam, więc zrobię, żeby coś było.

Osoby zainteresowane moim stylem pracy odsyłam do tekstu o singletaskingu oraz starszego, o zarządzaniu sobą w czasie, a wszystkich innych zapraszam dalej, bo dziś będzie mięcho. Zepsute.

 

Bleeee!

Wy, Rudziki, jesteście super, ale zdarza się, że na blog trafią nowe osoby, które Rudzikami nie są nawet kawałkiem pięty. Muszę więc zrobić mały wstęp. Ja swoją pracę, jaką jest blogowanie (to tutaj), prowadzenie sklepu (to MojSzop.pl) oraz w zrywach fotografowanie bardzo, bardzo lubię i doceniam.

Kilka lat ciężko pracowałam, by sobie stworzyć rzeczywistość, która tak bardzo mi odpowiada. Pracuję w domu – tak, jak chciałam. Robię to, na czym się znam, co mnie kręci i czuję, że rozwija – tak, jak chciałam. Ale to takie wyświechtane zdanie rób to, co kochasz, a nigdy nie będziesz musiał pracować jest maksymalnie szkodliwe i sprawia, że mój marchewkowy rudy momentalnie wpada w bordo.

 

„Prawdziwe obowiązki”

W kwietniu mi się przelało, za sprawą maila jednej z moich czytelniczek. A co tam, pokażę Wam kawałek:

Kochana, to że masz czas na to co robisz, nie jest niczym wyjątkowym! Jak byłam w Twoim wieku, bez prawdziwych obowiązków, też takie porady mogłam dawać :) W każdym razie, współczuję osobom, które porównują się z Tobą, bo każdy ma swoją rodzinkę (jedni mniejsza, drudzy większą – i tu potrzebny jest czas, poświęcenie i to jest priorytet), pracę ( u Ciebie praca łączy się z blogowaniem, fotografia, wszystko w jednym), swoje hobby (im więcej wolnego czasu, tym więcej na zainteresowania, o ile to nie zakrawa również o życie zawodowe, jak widać też u Ciebie). 

Okazuje się, że:

  1. blogowanie to żadne zajęcie
  2. ludzie przed 30 nie znają życia i nie mają prawdziwych obowiązków
  3. mąż to nie rodzina; każdy jakąś rodzinę ma, a bloger to taki samotny byt osadzony we wszechświecie
  4. moja praca nie jest prawdziwa, bo ją lubię
  5. nie potrzebuję już czasu na hobby, bo przecież praca to moje hobby, więc mogę zasuwać 24/7 i cieszyć się, jak głupia

 

Najpierw wiecie, marchewka znowu w bordo wpadła, a potem stwierdziłam, że skoro bloga mam trochę edukacyjnego, to i teraz postaram się część społeczeństwa do-edukować. No bo głowę daję, że autorka maila nie jest w swoich przekonaniach odosobniona.

 

Nie planuję

Nie jest moim celem użalanie się nad sobą, podkreślanie, że blogowanie to marne zajęcie. Wręcz przeciwnie, naprawdę lubię moją pracę, ale ma ona wiele aspektów, których nienawidzę całym serduchem i o tym właśnie jest ten artykuł. Blogerzy będą ze zrozumieniem kiwać głową, ale osoby spoza branży być może trochę lepiej nas zrozumieją. Otwórzcie swoje łebki i czytajcie dalej.

 

 

Komentarze

Na nic tak nie czekam, jak na feedback od czytelników. No dobra, na opłacenie faktur może ;) Bardzo zżyłam się z tą pisaną formą, z Wami się zżyłam i zawsze czekam na komentarze. Normalna sprawa I guess. Z tym, że niektórzy chyba sobie wyobrażają, że ja właśnie spędzam całe dnie na odpisywaniu na te komentarze.

No wiecie, jak zbłąkany czytelnik pytanie zada, to mi ekran od razu płonie, telefon wibruje i Pan Mąż palcem w plecy dźga, poganiając „odpisz mu noooo, odpisz!”.

Te komentarze to tylko niewielki % moich obowiązków, a natarczywi czytelnicy, którym przecież się należy, bardzo mnie drażnią. Nie jest ich dużo, ale roszczeniowa postawa przewija się też przez maile. O, ostatnio dostałam takiego, gdzie dziewczyna zażądała, abym do niej zadzwoniła, bo potrzebuje pomocy w wyborze sprzętu. No, już lecę.

 

Hejterzy

Nie jest to coś, z czym jakoś szczególnie się obeznałam. Mało u mnie typowego hejtu i nie skłamię, jak powiem, że nie wiem, jak na Disqus zbanować czytelnika. Tu mi się nie zdarzyło. Albo nie pamiętam :D

YouTube to zupełnie inna bajka. Zauważyłam, że nowe komentarze tam zawsze trochę mnie stresują. Potem się okazuje, że słusznie, bo jakieś 5-10% całości jest, posługując się eufemizmem, mało-miła.

Jeszcze jakiś czas temu próbowałam tłumaczyć, dyskutować, teraz szkoda mi czasu. Chamstwo od razu leci do kosza z dożywotnim banem, mało-miłe usuwam i tyle.

Zaskakuje mnie, że na żywo jakoś nie mamy odwagi cywilnej podejść i powiedzieć, co nam w danym człowieku nie pasuje. Na YT keine grenzen. Nie pozwalam się obrażać i nie ma to nic wspólnego z zamachem na wolność słowa.

 

Czytelnicy narzucają swoje granice

Jest Rudo prowadzę już od 3,5 roku. To sporo czasu, ale sporo czasu zajęło mi też znalezienie swojej drogi. Fotografia była zawsze, ale od zawsze jest nie tylko ona. Testowałam. Normalna sprawa. I był taki moment, kiedy pojedynczy Czytelnicy bardzo chcieli narzucić mi swoją wizję rudego bloga. Ba, ciągle takie momenty mają miejsce.

Czytam wtedy, że się „zepsułam”. Bo Jest Rudo to miał być blog fotograficzny, a ja ośmielam się wrzucić lifestyle, przepis na sól do kąpieli, czy chleb pełnoziarnisty. Sprawa jest o tyle śmieszna, że od samego początku fotografię miksuję ze wszystkim innym, co by nie oszaleć. Wystarczy cofnąć się do archiwum, naprawdę nic skomplikowanego.

Zupełnie nie rozumiem, czemu w ludziach nie ma wdzięczności? Napisałam tutaj ponad 400 artykułów, a znacząca ich część to artykuły edukacyjne. Heloł, dla siebie ich nie piszę, ja już to wiem.

Kiedyś jedna czytelniczka zarzuciła mi, że poruszam zbyt prywatne tematy i że się „obnażam” i że to w ogóle niesmaczne jest. Wchodzę na jej blog i ostatni artykuł to historia z poronienia #TrueStory

Niech każdy sam sobie ustali granice i ich się trzyma. Jeśli jeszcze się nie zorientowaliście, w jednym z górnych rogów jest taki czerwony krzyżyk. Wystarczy nacisnąć i dać żyć.

 

Nigdy nie uszczęśliwisz wszystkich

To nie jest dla mnie nowa prawda objawiona. Mam to do siebie, że na ogół jestem asertywna i stawiam siebie na ten pierwszy plan. Jednak ten akapit ma sens, bo wiem, że wiele początkujących blogerów autentycznie czuje się rozdartych jak stare gacie pomiędzy swoimi oczekiwaniami, a tymi od czytelników.

To może być trudne, ale Ty piszesz bloga, Ty masz czuć się tam dobrze, Ty masz cieszyć się swoimi tekstami, Ty masz zdanie decydujące. Koniec i kropeczka. Całej reszcie pomachajmy na do widzenia.

 

„Zaawansowana inspiracja”

Coś, co mnie niesamowicie wkurwia.

W rzeczywistym świecie kradzież się karze, a w internecie praktykuje. Ostatnio jeden koleś przebił wszystko, jak na zgłoszenie konkursowe (do wygrania był fajny laptop) wysłał mi zdjęcie znalezione w sieci z dopiskiem „bo w regulaminie nie napisałaś, że nie wolno”. No tak, jak przed Żabką nie wystawią tabliczki, żeby jednak płacić za swoje zakupy, bo w przeciwnym razie przyjdą tacy panowie i założą takie srebrne bransoletki, to się chłop nie zorientuje?!

Albo to też jest dobre! Raz w miesiącu na fb zachęcam czytelników do podzielenia się artykułem z ost. 4 tygodni. I już nie raz wyłapałam tak artykuły, który są kopiuj-wklej moje własne, prywatne, wypocone. Czaicie?

Miałam też w sieci „koleżankę”. To był pierwszy rok mojego blogowania, jakoś się na niej nie poznałam no. Kolegowałyśmy się może z miesiąc, dopóki nie opublikowała u siebie wypisz-wymaluj identycznego formatem Wyzwania Fotograficznego. Tyle, że z okazji Adwentu. Spoko, nie?

Sprawa jest o tyle trudna, że ciężko z tym walczyć. Czasem złodziejstwo jest oczywiste, a czasem bardzo zawoalowane.

Mam kolejny przykład – zaczynam nową serię postów na blogu, proszę czytelników, by podpowiedzieli, o czym jeszcze chcieliby w tym temacie przeczytać, a na innym blogu pojawia się post-odpowiedź na bolączki moich czytelników. Czy da się to jakoś udowodnić – nie. Czy mam pewność, że jest jak jest – mam. Pomysły nie są chronione prawem autorskim, ale cierpki posmak w ustach pozostaje.

Przykra sprawa, ale przechodzi się z tym do porządku dziennego. No chyba, że chcecie się szlajać po sądach za zwędzony post. W Polsce to ja jednak podziękuję. Może kiedyś zbiorę się na odwagę, by w opisy tych sytuacji podać linki do blogów. Kiedyś coś będzie trzeba z tym zrobić.

 

Wszystkie powyższe dotyczą minusów prowadzenia bloga na linii autor-czytelnik. Ewentualnie autor autorowi wilkiem. Mam dla Was też kilka smaczków ze współpracy z agencjami i markami. I o trudach prowadzenia bloga. Tutaj to jest jazda bez trzymanki. Opowiem Wam o tym w kolejnych częściach.

 

Blogerzy, podzielcie się, co Was wkurza w „czytelnikach”! Osoby spoza branży muszę wypytać o Wasze spostrzeżenia – zaskoczyliście się, czy wręcz przeciwnie, nic ciekawego? Liczę na dobrą dyskusję! Lecę po popcorn!